Opowiadanie o jednym z gorszych dni Lutusia.

Po niemrawym przebudzeniu i zastrzyku delikatnej drwiny ze strony Baśki Lutuś wkraczał w nowy dzień. Podczas skromnego śniadania sprawdził czy nie dostał żadnej wiadomości. Na smartfonie czekał na niego komunikat. Dostał wiadomość od Korka. Kumpel potwierdził wczorajsze ustalenia i przypomniał, że jego znajomy pojawi się około południa. Lutuś dowiedział się również, że wybiera się na spotkanie zatytułowane „Ludzie sukcesu”. Powoli wypływały wspomnienia z wczorajszego posiedzenia. „Mocny koleś” pomyślał o kumplu, który rozpoczął to samo „dzisiaj” z niebywałym ogarnięciem i witalnością. On sam czuł się jak zombie potrzebujące wysoko wodnistych mózgów. Miał trochę czasu do przyjazdu znajomego Korka. Postanowił wskoczyć pod uzdrawiające ciepło wody, którą strzela w umarlaków prysznicowy pistolet. Jeśli się pospieszy zdąży zjeść coś przy prasówce. Zaniedbał ostatnio ten element swojego życia, a starał się śledzić różne czasopisma. Baśka miała nieco pretensje, ponieważ „wszystko jest w Internecie” mawiała. Dlatego Lutuś kupował magazyn kulturalny od czasu do czasu, zawsze pod pretekstem. A to wywiad ze światowej sławy pisarzem, a to konkurs. Ostatnia przeprowadzka i utrata pracy utrudniła mu znajdowanie odpowiednich argumentów na „marnowanie pieniędzy” jeśli dobrze pojmował uwagi swojej partnerki. Gdy wczoraj nabywał jednak lubiany przez siebie kwartalnik, powtarzał sobie, że to „dla mojego psychicznego zdrowia”.

Kiedy jadł przyspieszone drugie śniadanie, usłyszał dzwonek sms. Znajomy Korka ma się pojawić za dwadzieścia minut i prosi by czekać przy ulicy. Lutuś wracał do siebie i zastanawiał się czy to zasługa pokarmu fizycznego czy umysłowego. Wolał trzymać się tej drugiej wersji na wypadek zapotrzebowania na argumenty tłumaczące Baśce profity z nabytej gazety. Mimo wszystko nie zamierzał chwalić się wczorajszym zakupem. Zapakował magazyn do torby, wziął również butelkę z wodą i bułkę. Nie wiedział za wiele o spotkaniu, na które jedzie. Nie pomyślał, żeby sprawdzić wydarzenie na Facebooku. Ogarnął wszystko co należy i powolnym tempem z uwagi na stan „wczorajszy” opuszczał ogrodzoną twierdzę nowych bloków.

***

Jechał na tylnym siedzeniu, ponieważ powątpiewał w swoje zmysły i uznał pomimo wziętego prysznicu, że jako zombie może okazać się nieświeżym pasażerem. Spoglądał na oszklone wieżowce witające w granicach śródmieścia. Koleś z odtwarzacza kończył swoje życiowe wywody. Kiedy Lutuś wsiadał do całkiem nowego samochodu znajomego Korka, ten przepraszał, witał i prosił o chwilę na dokończenie płyty z podcastami. Mateusz prowadził samochód bez pośpiechu, a jego twarz sugerowała wytężone skupienie, jakby wczoraj odebrał prawo do jazdy. Tymczasem słuchał z uwagą pewnego trenera sukcesu i jak się okazało, jechał teraz z kumplem Korpocjusza na spotkanie z kolesiem, którego głos zamknięto na odsłuchiwanej płycie CD.

– Nie pamiętam czy się przedstawiłem, lecz jestem Mateusz i miło mi ciebie poznać. Korpocjusz wspominał, że wczoraj mieliście niełatwy wieczór, ale widzę że dajesz radę. – Popatrywał w przednie lusterko na zdezelowanego pasażera.

– Przyznaję, że jestem trochę wczorajszy, a w głowię mam mętlik. Dasz wiarę, że śniły mi się wczoraj gadające zwierzęta? Nie miej mnie za wariata, ale muszę przyznać, że Drzewa są niezwykle mądre, a pszczoły potrafią robić niezły raban. Poza tym czy możesz powiedzieć mi coś o spotkaniu, na które jedziemy?

– Jedziemy na konferencję „Ludzie sukcesu”. Będzie na niej kilka wystąpień znanych trenerów rozwoju osobistego. Opowiedzą nam o tym, jak wygrywać w życiu. Gdy wsiadałeś, słuchałem właśnie jednego z dzisiejszych gości, i powiem bez bicia, że jestem jego wielkim fanem. Super facet, wiele osiągnął, piszę książki i zna się świetnie na ludziach.

– Robisz dobrą reklamę, nie ma co. W jakim gatunku literatury tworzy? Domyślam się, że skoro zna się na ludziach i świecie to jest niezłym humanistą, może psychologiem albo jeszcze lepiej – filozofem, co nie?

– Zaskoczę cię stary. – Wjeżdżali na parking. – Tylko poczekaj chwilę. Spokojnie zaparkuję i w drodze opowiem ci resztę. – Zaparkował i po chwili wysiedli z auta. – To jest niesamowite, że gościu nie ma żadnych studiów. Wierz mi, że bije na głowę niejednego psychologia i filozofa, a poza tym sprzedaje mnóstwo pożytecznej wiedzy, którą przekazuje w podcastach no i we wspomnianych książkach. Jeśli chodzi o gatunek, to on pisze poradniki.

***

Siedział na ulubionym fotelu, a nad nim świeciła specjalna lampa. Przyszykował sobie książkę do czytania, a zakupiony magazyn ukrywał w torbie. Czekał jak Baśka wyjdzie. Wybierała się do koleżanek. On wczoraj balował u Korka, więc „jej się też należy” tak stwierdziła. Co prawda nie zamierzała balować z kumplem Lutusia. Umówiła się z dziewczynami, bo kto jak kto, ale to właśnie ona „zasługuje na relaks po walce o ich wspólny byt” jak to wyraziła ta mająca pracę. Oburzyła się niewyobrażalnie, gdy Lutuś naigrywał się z mówców dzisiejszego spotkania. Nie dość, że jego kumpel, głupek dla Baśki lecz jednak, zdobył wejściówkę na naprawdę drogie spotkanie dla jej bezrobotnego faceta, to ten jej mężczyzna wdaje się w dysputy z ludźmi, którzy w przeciwieństwie do niego zarabiają dobre pieniądze. W pewien sposób tkwił również w niej żal za to, że Lutuś dał się polubownie wyrolować z pracy. Pomimo problemów które nawarstwiały się, ona wciąż czekała na stabilizację jakby odgradzał ją od tego jeden, maluczki, specjalnie wstrzymywany przez Lutusia kroczek.

Kiedy już został sam odetchnął z ulgą, ponieważ nie musiał bronić się przed artyleryjskim ostrzałem ze strony swojej dziewczyny, a poza tym miał poważną batalię przed sobą. Wsłuchał się uważnie we wystąpienia na spotkaniu zasponsorowanym przez kumpla. Wbrew pozorom lekcje osiągania sukcesu nie były skomplikowane i sporo pomysłów choć opowiedzianych na inne sposoby opierało się o podobne zasady. „Ciężka praca” i „budowanie osobistej marki” stały się tego wieczoru oszalałymi berserkami nacierającymi na umysł nawet nie giermka, a wyrzuconego poza mury i warownie zabezpieczenia finansowego cywila. Nie wziął tego wieczoru książki do ręki, lecz przyjął filozoficzne wyzwanie, otrzymał w końcu tytuł Mistrza Filozofii. „Że trzeba pracować, toście Ameryki nie odkryli” zadumał się, wiedział bowiem, że za wiele dobrych rzeczy nie dzieje się samoistnie. Złe rzeczy mają jakąś lekkość w pojawianiu się ni stąd ni zowąd, jakby pospiesznie zajmowały miejsce odstąpione przez coś dobrego. Lutuś zastanawiał się co znaczy „ciężko”, bo wygłoszenie godzinnej mowy nie wydawało się aż tak złożone, żeby bilety na wydarzenia kosztowały „kilka stów” jak zdradził mu później Mateusz. Lekko pracuje się przecież robiąc fajne rzeczy, za które ludzie obdarzają cię szacunkiem i uznaniem. Trener na spotkaniu z widownią nie wyglądał na uciemiężonego pracowniczym trudem. Ciężko to jest młodemu człowiekowi zajmującemu się bzdurnymi rzeczami za jeszcze bardziej niedorzeczne wynagrodzenie. „Ciężko to pracował dziadek” pomyślał o tym, gdy wspomniał opowieści o szesnastogodzinnych dniach pracy. Lutuś próbował odnaleźć jakąś sensowną podstawę do tego nieprecyzyjnego wywodu określającego jak należy pracować. Intuicja nie pozwalała mu na zignorowanie „amerykańskiego” jak to określił hasełka. Są ludzie beznadziejnie oddani pewnym zajęciom. Jego nieżyjąca babcia potrafiła spędzać całe dnie, jeśli tylko mogła, przy koszach z wikliny. Nie można powiedzieć, że nie ma niestrudzonych rzemieślników, którzy w pocie czoła przesiadują w swoich warsztatach. Kiedy Lutuś gonił myślami tych wszystkich pasjonatów, sam zapragnął głęboko zamknąć się w warsztacie wraz ze swoimi pomysłami. „Coś w tym jest” stwierdził, że kiedy wyłania się cel, bywa iż droga przestaje oznaczać trud i staje się przestrzenią, gdzie dzieje się życie. „Oni nie mają czasu na konferencje, bo są przecież w ciągłej drodze” pomyślał o prawdziwych rzemieślnikach. Bogiem a prawdą niepodobne do niczego jest to, że człowiek nieżyjący bodaj ćwierćwiecza miałby przepis na sukces. „No chyba, że sukcesem jest szybka kasa. Na to zawsze jest sposób” powiedział patrząc w przestrzeń. Patrzył w mrok wygaszonego pokoju, w którym świeciła jedynie jego skromna lampa do czytania.

– Chał!

– Ach, to ty przyjaciółko moja, powiedz mi lepiej jak zrobić osobistą markę mając za budulec szaraczka takiego jak ja? – Popatrzył dobrotliwie na czarną psinę, która przybyła za śladem jego słów rzuconych w mrok mieszkania. – Kompletnie mi się to nie podoba – kontynuował. – Jeśli miałbym budować swoją markę, musiałbym dobrze sprzedawać siebie ludziom, a jak wiesz czarnulko, ludzie to najokrutniejsze zwierzaki. Co nam po tych naszych duszach, jak mało kto z nich korzysta? No ale możesz być ateistyczną psiną, więc powiem tak, że po co mi światły umysł, jeśli rzuca na niego cień okrągła moneta? Jest tak zgrabna, że mało kto się jej opiera. Widzisz, psu na budę… uups! Wybacz. Po nic mi wszystko co prawdziwe, skoro żyję w wymyślonym świecie. A teraz muszę wymyśleć sobie jakąś osobistą markę, jakby ludzie nie potrafili odczytać poprawnie mojego nazwiska. Jestem nic nieznaczącym Orzełkowskim i będąc szczerym, nie ubolewam na tym tak, jakby chcieli tego trenerzy, których nie zatrudniłem. Bo i za co? Baśka mnie za magazyn zabije, a co dopiero… To nie jest ciężka praca, kiedy szyld na świecących neonach świeci zamiast wyrobu twojego warsztatu. Ja bardzo chciałbym ciężko popracować, ale nie mam na to kasy.

– Chał – wyszczekała psina i zakończyła monolog właściciela. Jeśli chciał z nią porozmawiać, to mało zrobił miejsca dla niej, lecz ona nie pogniewała się na niego, wiedziała bowiem że dość miał zmartwień. Ten dźwięk alarmującego zwierzaka, stał się dla Lutusia jak dzwonek który sygnalizuje koniec egzaminu. Cisza która pojawiła się po komentarzu przyjaciela, dała mu do zrozumienia, że berserkowie rozpruli bezlitośnie jego zbroje nieskładnych ideałów. Zimne i niewzruszone ostrza stali ich toporów pozostawiły po sobie głębokie bruzdy, z których wypływało gorące marzenie o innym losie, a on siedział na ulubionym fotelu spoglądając w ciemne pomieszczenie jakby jego mrok zapraszał do bezwstydnego tańca.