Tekst jest zainspirowanym opowiadaniem Stanisława Lema „Czy pan istnieje, Mr. Johns?”. Proponuję abyśmy spotkali się przy temacie jak to trudno być robotem w dzisiejszych czasach.

Otóż stało się tak, że zdarzyło mi się przeczytać opowiadanie Stanisława Lema zatytułowane „Czy pan istnieje, Mr. Johns?” w kwartalniku „Przekrój”. Była to przyjemna lektura, która zmusiła mnie do skromnych rozważań. Zapraszam zatem w niezobowiązujący taniec rozkołysanych refleksji.

Jak tu żyć?

Po krótce streszczając historię należy powiedzieć o sądowym procesie. Pan Johns zmaga się przed sądem z firmą produkującą mechaniczne zamienniki ludzkiego ciała. Korporacja żąda zwrotu komponentów użytych przy fizycznej rekonstrukcji Johns’a. Okoliczności tak się złożyły, że oskarżony jest w całości urobocony, do tego stopnia iż nie posiada krzty organicznego fragmentu ciała. Jego historia zaczęła się od wstawienia sztucznej nogi (jeśli dobrze pamiętam), a później ruszyła lawina wstawek mniejszych i większych. Nie było by zgoła żadnego problemu, gdyby wszystkie mechaniczne części zostały należycie opłacone, co jak się można teraz domyśleć, nie miało miejsca. Toteż firma wymieniając ostatni organiczny fragment Johns’a (część mózgu) zniwelowała prawo stanowiące zakaz naruszenia godności człowieka. Wedle przepisów oskarżony stał się zlepkiem metalowych podzespołów. Oskarżyciele walczą natomiast o rozmontowanie sztucznego (?) tworu i odzyskanie nieopłaconych komponentów. „Jak tu żyć” zapewne zapytałby robot.

Wyzwania przyszłości i kosmiczne przygody

Problem stawiany przez autora jest ważki, zwłaszcza w dobie medycyny zdobywającej kolejne szczyty możliwości. Na marginesie dodam, że czytałem pewnego razu artykuł o postępujących badaniach nad inicjowaniem procesu – uwaga! – rekonstrukcji organicznej komórki. W krótkiej adnotacji przy opowiadaniu była natomiast informacja, że opowiadanie Stanisława Lema żywo komentowano poprzez rozmaite dzieła kultury. Przestrzeń do dyskusji stworzył zaś sam autor nie dopowiadając jaki wyrok zapadł w owej, sądowej sprawie. Moje zagubione zastanowienia kołatały przy kwestii transferu niechwytnego (według mnie) ducha danej osoby. Do tych rozważań skojarzyłem jeszcze dwie inne opowieści.

Otóż obie pochodzą z serialu „Star Trek”. Przywołuję tutaj odcinki zatytułowane „Metamorphosis” oraz „I, Mudd”. Pierwszy zaprezentował historię kosmicznego rozbitka, który połączył się wyjątkową więzią z Obcą Istotą. Kapitan Kirk wraz z załogą Enterprise, którzy znaleźli się w owej historii zrozumieli, że ta relacja nazywa się zakochaniem. Obca ludziom Istota więziła w pewien sposób rozbitka nie pozwalając mu na odejście. Kiedy doszło do wyjawienia kotłujących się w atmosferze emocji i uczuć, człowiek odrzucił w kompletnym niezrozumieniu relację z Istotą. Ta chciała z kolei lepiej pojąć reakcje swojego wybranka. Toteż wcieliła się w jedną z kobiet towarzyszących załodze kapitana Kirka. Rozwiązanie problemu nastąpiło wraz z odkryciem przez Istotę ludzkich emocji.

Drugi z wspomnianych odcinków opowiada o planecie zamieszkanej przez androidy stworzone na podobieństwo człowieka. Pewien stary znajomy nazywający się Mudd ściągnął porywając statek Enterprise załogę wraz z kapitanem. Roboty pod pretekstem służby wmówiły ludziom, że nie pozwolą im odejść. W rzeczywistości żywiły jednak konkretniejsze zamiary. Otóż androidy postanowiły ulepszyć wadliwych ludzi. Żeby uciec z opresji Kirk wymyślił podstęp polegający na wprowadzeniu kompletnie nielogicznych danych do przetworzenia robotom. Fortel został zrealizowany poprzez udawane sceny jak detonacja niewidzialnej bomby. Samodzielne maszyny nie mogły poradzić sobie w zaistniałych okolicznościach.

Uchwycić irracjonalizm

Wprowadziłem zatem do tych wywodów dwa pomocnicze narzędzia jakimi są emocjonalność i kreacja. Owszem, mamy do czynienia z rozrastającą się dziedziną psychologii i jej szkodliwej pochodnej psychologizacji wszystkiego i trenerstwa w rozwoju osobistym. Dlatego owszem, emocje wydają się nam nie być obce czy nieuchwytne. Może uda się je programować? Mówiąc dalej, jasne, sztuczna inteligencja czai się gdzieś za rogiem. Google nie przerywa nad nią pracy, niech to będzie powiedziane. Może roboty będą bardziej kreatywne od ludzi? Uciekając jednak od tych dystopii chciałem powiedzieć, że według mnie człowiek jest nie do podrobienia. Dla mnie jest w nas coś takiego, czego nie zrobisz na zasadzie „kopiuj-wklej”. Kiedy powiem, że to nieuchwytny duch człowieka, zaczniecie mi zarzucać mówienie o jakiś dyrdymałach. I może mielibyście wtedy rację. Tymczasem gdyby to „coś” było uchwytne, pewnie zostało by już skopiowane. Dlatego gdybym miał tylko taką szansę, zapytałbym tak samo jak autor „czy pan istnieje, Mr. Johns?”.