Kilka zdań o „spotkaniu” z księdzem Kaczkowskim na kartach jego książki – Grunt pod nogami.

„Często żądamy od naszych współbraci inaczej myślących i inaczej wierzących, żeby byli od razu idealni, just like that, zwłaszcza w sprawach dotyczących doktryny seksualnej. Nie pozwalamy im dorastać, coraz lepiej rozumieć pewnych prawd. W innych sprawach jesteśmy już mniej kategoryczni. Jak zauważa krakowski biskup pomocniczy Grzegorz Ryś, nie jesteśmy już tak zasadniczy wtedy, gdy kupujemy tanie ubranie wykonywane przez kogoś pracującego niewolniczo gdzieś na krańcach świata” –  ksiądz Jan Kaczkowski, Grunt pod nogami


Spotkanie

Pierwszy raz „spotkałem” księdza Jana w książce opowiadającej o życiu na pełnej petardzie. Zafascynowany bohaterem wywiadu-rzeki, przejrzałem dodatkowo odcinki wideo na kanale „BoskaTV”. Od tamtego czasu stał się dla mnie małym drogowskazem, kapłanem z prawdziwego zdarzenia. Dziś ksiądz Jan już nie żyje. Tymczasem znów „spotkałem się” z nim. Właśnie skończyłem kolejną jego książkę – Grunt pod nogami.

Grunt pod nogami jest zbiorem kazań księdza Jana. Tak naprawdę, założyciel puckiego hospicjum był tutaj między nami wyrazistą osobą. Jeśli ktoś poznał go wcześniej to, prawdopodobnie przeczuwa co znajdzie w książce. Tym razem spotkanie przypomina posłanie, pozostawienie esencji, zostawienie jakiegoś testamentu. Kaczkowski jako biolog, wkracza niczym saper w pole minowe dyskusji etycznych, a jego rozeznanie pomaga uporządkować pole i nie wpaść w żadną minę. Na koniec zdejmując maskę sapera pokazuje skrywaną pod nią koloratkę. Doświadczenie naukowe przenosi na grunt duszpasterskiego nauczania.  Etyczne problemy odnosi do ludzkich sumień. W niespotykany sposób podkreśla wagę tego nadajnika, przez który Pan Bóg pomaga w codziennych zmaganiach. Lecz powiedzieć, że Jan Kaczkowski jest księdzem od biologii to powiedzieć za mało.

Siła

Jego najważniejszym dziełem nie była żadna książka, ale założenie hospicjum w Pucku. Tam gdzie nieustannie stykał się ze śmiercią, te wszystkie teoretyczne rozważania o etyce przekładał na praktykę życia. Sam zresztą nosił dręczące widmo pewnego kresu. Dla niewtajemniczonych dość powiedzieć, że Kaczkowski mierzył się ze śmiertelną chorobą. Kiedy zatem słuchamy jego słów, nie godzi się nie brać pod uwagę doświadczenia, które budowało jego opinie. Toteż powinno zalecać się zapoznanie z cała duszpasterską pracą autora Gruntu… i reszty książek. Najwięcej przekazu dla mnie tkwi właśnie w jego pracy. Ksiądz Jan podróżował po Polsce i tłumaczył jak nie zagubić się pośród codziennych problemów. Uczył przyzwoitości z wektorem na plus. Przestrzegał przed pluszowym chrześcijaństwem. Z drugiej strony wspominał siebie jako katolickiego taliba i upominał przed podobnymi ekstremami. Słuchaczy obdarzał szacunkiem. Podczas głoszenia dawał odczuć autentyczność. Motywował do życia na pełnej petardzie… A resztę doczytacie sami. Możemy zapisać w pamięci tę osobę jako wyjątkowo słownego człowieka. Emanował siłą sumienia, a przede wszystkim żył na pełnej petardzie.


„Tamtego dnia, po usłyszeniu niepomyślnych wiadomości, wszedłem pod prysznic i w radiu usłyszałem piosenkę zespołu Raz Dwa Trzy: „I żyłem tak, jak chciałem żyć. I byłem tym, kim chciałbym być.” Dla mnie to była delikatna odpowiedź Pana Boga na tę moją modlitwę, że poddaję się Jego panowaniu. On odpowiedział mi przez radio. Możecie powiedzieć, że wariat ze mnie, ale tak to odczytuje. Mistyki należy szukać w prozie dnia codziennego. Pan Bóg jest bardzo delikatny, trzeba go czytać uważnie” –  ksiądz Jan Kaczkowski, Grunt pod nogami