Książka napisana przez Szymona Hołownie. Zasadniczo traktuje o Afryce i dwóch Fundacjach, które pod skrzydłem (nie mylić z szyldem) autora robią dobrze.

Spotkanie ze skrawkiem Afryki

Lektura daje różne rzeczy. Jedną z nich jest spotkanie ze skrawkiem Afryki. Po raz kolejny trafiłem na taki obraz Czarnego Lądu, w którym nie mówi się o nim z wyższością właściwą w „wielkiej” Europie. „Co to znaczy?” powinniście zapytać, ponieważ jest to małym odkryciem Ame… Afryki, żeby zrozumieć, że Oni naprawdę nie są gorsi. Żyje w nas takie przekonanie (we mnie było), że w Krajach Trzeciego Świata mieszkają ludzie nierozumni i kompletnie nieogarnięci. Skoro tam tyle biedy… Otóż jest wręcz przeciwnie i dość powiedzieć, że cały tamten ichniejszy niedostatek nie wydarzył się sam.

W książce Hołowni malują się pejzaże biedy, ucisku i tlących się nadziei w przytułkach takich jak Kasisi. Autor poświęca lwią część sytuacjom, w których znajdują się tamtejsi ludzie i dramatycznym okolicznościom, w których dzieje się wiele zła i nawet nie myślę przywoływać przeczytanych scen. Nie spotkałem się zatem ze skrawkiem bogatej Afryki, a otrzymałem wgląd na twarze ludzi zmagających się z uciskiem i porzuceniem.

Filozofia dobroczynności

To jest dobry temat. Klasyczne pytanie – wędka czy ryba? Hołownia próbuje odpowiedzieć w pewien sposób na to pytanie. Mówi w zasadzie tak, że sprawy pomocowe traktuje ze stosowną sobie racjonalizacją i zdroworozsądkowym rozrachunkiem. Wspomina przy tym o licznych spotkaniach z ludźmi ulicy. Zdradza swoje liczne wątpliwości, gdy odpytuje kogoś z historii, którą ten ktoś szybko mu ją sprzedaje. W jednym rozdziale komentuje dwie główne i utarte ścieżki dobroczynności. Odniosłem wrażenie, że Autor jednocześnie zamierzał poprzez liczne wzmianki trafić do rozumu i do serca. Miałem z tym problem. „Winny się tłumaczy” powtarzałem sobie w duchu konfrontując te tłumaczenia o mądrym niesieniu pomocy. Straciłem chyba wiarę w to, że możemy w taki sposób przekonywać do zwykłej przyzwoitości i spłacenia cywilizacyjnego długu. Mam jakiś bunt wobec urojonej w mojej makówce kultury ucisku. Boli mnie, gdy Hołownia musi wyliczać zysk w niesionej pomocy. Uważam, że nie musi i dobroczynność nie leży w opłacalności. Jej istotną jest według mnie to, że spłaca się pewien „dług” oraz zwyczajnie jest się obecnym przy drugim człowieku. Zresztą widzę tę skromną filozofię, gdy Hołownia kwituje teoretyczne dywagacje mówiąc, że w praktyce chodzi przecież o człowieka.

Fundacje

Porzucenie jest dosłownym określeniem problemu, z którym mierzy się Sierociniec w Kasisi. Misjonarki które tam działają i które wpiera Hołownia, organizują dom dla dzieci. Historie które towarzyszą sierotom jeżą włos na głowie. Powiem tyle, że zwykłe porzucenie bywa wobec innych zdarzeń opcją „light”. W książce można znaleźć konkrety. Poza tym są jeszcze placówki takie jak szpital, które prowadzi Dobra Fabryka – drugie skrzydło Hołowni. Wyrośnięte zresztą z Kasisi.

Lekcja przyzwoitości

„Jak robić dobrze” jest małym reportażem oraz dziennikiem Szymona Hołowni, który zapadł bezpowrotnie na dobroczynność. Jakby po ugryzieniu muchy tse-tse zatopił się we śnie o lepszym kawałku ziemi po której sam stąpa. Przyznać muszę, że wbrew wszelkim pozorom jest to całkiem zdrowy bakcyl – ta cała dobroczynność – i z niemałym podziwem śledziłem szymonową opowieść o Czarnym Lądzie, pewnym Sierocińcu i Szpitalu. Książka jest pyszną lekcją przyzwoitości, a poza tym serwuje naprawdę wyjątkowe kąski, jak chociażby proste mądrości siostry Marioli.


Tutaj kliknij ☞ Fundacja Dobra Fabryka Tutaj też kliknij ☞  Fundacja Kasisi