Tekst o filmie „Dawca pamięci”.

Film pokazuje przeszłość w ciemnych barwach. Tak naprawdę przedstawia bezbarwną przyszłość. Jej szarość czy bylejakość jest okrutna. Nie dlatego, że wieje przez nie nuda. Nie. Kompletna beznamiętność w tym filmie skrywa widmo ludzkiej naiwności popychającej człowieka do zabawy w budowanie najlepszego świata.

Podzielone opinie

Film prezentuje pewien futurystyczny scenariusz ujęty do granic skrajności. Jego radykalizm zmusza do zastanowienia. Otóż jest tak, że pewna grupa społeczna została zorganizowana w porządku nieznoszącym jakichkolwiek zaburzeń. Owe społeczeństwo jest karmione nie-emocjami, pewnego rodzaju obojętnością dzięki której istnieje cały ład i porządek. Piszę to zerkając na Filmweb. Wyczytałem tam, że zdania wobec tego filmu są wyjątkowo podzielone…

Dawca próbował nauczyć chłopaka, że prawdziwe życie jest gdzieś indziej

Ciężkostrawna fabuła?

Wydaje się, że główny budulec fabuły budzi wątpliwości. Czy porządek wymyślony przez Radę Starszych jest po prostu nielogiczny? Nie wiem skąd taki pomysł. Jakby brak ogarnięcia nie towarzyszył ludzkości od zawsze. Owszem jest to absurdalny scenariusz. Poza tym jest również możliwy. Jesteśmy ludźmi i nic co głupie nie jest nam obce. Czy spoglądając dzisiaj na społeczne emocje nie chciałoby się wcisnąć przycisku „wyłączyć wszystkim czucie”? Czy z drugiej strony ma dziwić fakt, że społeczeństwo przyklepało lekką ręką całkiem nieludzkie i niedorzeczne rozwiązania, jak choćby eliminacja najsłabszych? Ten scenariusz odkrywamy jako ludzkość od zarania dziejów. Przywołuję te elementy i trochę gubię się w nich. Szukam ciężkostrawnej fabuły. Zastanawiam się tak głośno, ponieważ mnie ten film urzekł i to bardzo. Toteż najlepiej zrobię, jeśli powiem Wam, co mi się tak bardzo spodobało.

Chce żyć

Oglądając film czułem się jak Jonas uczący się życia od Dawcy. Pomyślałem sobie, że jestem trochę martwy i nie doceniam życia. Programowanie pamięci młodego bohatera przypominało naukę intensywnego przeżywania uczuć. Wyciągnięty do granic absurdu świat zestawiony z przesłaniem filmu jest dla mnie genialną konstrukcją. Wbrew pozorom to tylko kolejny obraz tego, że ktoś narzuca reszcie to jak mają żyć. Pojawia się w końcu ktoś inny i mówi „nie”. Przesłanie filmu opowiada historię walki o uczucia, o pamiętanie miłości i melodii przenikających ludzką duszę. Jeśli dla kogoś jest to nieznośny banał, to niech będzie, byleby nie wpadł kiedyś na pomysł zabronić innym unosić się we wirze przeżyć które niełatwo nazwać, lecz które dobrze jest doświadczyć.

Mniejsza tak naprawdę o to wszystko. Wspominam dzisiaj tamten film i wyciągam z niego to, co chcę. A chcę żyć! Unieść głowę poza zdroworozsądkową szarość moich butów, aby nasycić moje spojrzenie uśmiechem drugiego człowieka. Pozwolić sobie na niedorzeczne zmarnowanie czasu i oderwać się od obowiązków, przystanąć przy oknie, przy wieczornym chłodzie i dać się mu smagać po rozpalonej od codziennych zmartwień duszy.