„Lucy” jest dla mnie bardzo ciekawym filmem. Abstrahując od popowej warstwy budowanej na wartkiej i widowiskowej akcji można powiedzieć, że podejmuje całkiem ciekawy temat, który często oglądam w serialu „Star Trek”.

Amerykanka z kłopotami

Już na początku filmu Lucy zagrana przez Scarlett Johansson pakuje się w kłopoty. Dostarcza tajemniczą walizkę, która popycha ją do kontaktu z gangsterami. Źli goście jak to bywa zajmują się sprzedażą narkotyków. Okazuje się szybko, że bohaterka nie poprzestanie na tym jednym doręczeniu. Zostaje wciągnięta w handel na skalę międzynarodową i uda się do Europy. Jej zadaniem będzie dostarczenie zupełnie nowego narkotyku na czarny rynek.

Kiedy odzyskuje przytomność po uśpieniu orientuje się, że dokonano na niej pewnej operacji. Dla niepoznaki wciśnięto jej operacyjnie paczkę do wewnątrz organizmu. Z tak zapakowanym produktem ma udać się w podróż ściśle określonym kanałem narkotykowym. Podczas pobytu w jednej z melin dochodzi do incydentu, w którym worek z narkotykiem pęka na skutek pobicia, a organizm Lucy wchłania substancję. Staje się przez to znacznie silniejsza, dzięki czemu bezproblemowo uwalnia się z niewoli gangu. Gdy już ustanie pewien sytuacyjny chaos, bohaterka powoli zaczyna rozumieć coś się wydarzyło. Środek wchłonięty przez organizm spowodował na skutek posiadanych substancji przyrost jej zdolności biologicznych, a przede wszystkim mózgu. W tych okolicznościach postanawia spotkać się z pewnym naukowcem, którego wykład na temat zdolności mózgu wybrzmiał w tle całej akcji. Tutaj właśnie rozpoczyna się dla mnie interesujący wątek.

Pytania o ewolucję

Muszę przyznać, że czytałem (prawdopodobnie w Tygodniku Powszechnym) o micie jakoby człowiek wykorzystywał jedynie ileś tam procent mózgu. Jeśli tylko dobrze pamiętam, tamten artykuł stwierdzał że człowiek wykorzystuje go w pełni (w pełni swoich zdolności). Mówię o tym, ponieważ owy wykład z filmu podejmował właśnie ten temat. Profesor Norman którego zagrał Morgan Freeman prezentował teorię wedle której pewnym krokiem ewolucyjnym dla ludzkości, stanie się pozyskanie większych zasobów z potencjału posiadanego przez owe mózgi. Lucy okazuje się żywym przykładem jego teorii. Toteż zamierzają się spotkać. Bohaterka zrozumiała, że musi wykorzystać swoje niewyobrażalne pokłady umysłowe, aby popchnąć naukowców do nowych odkryć. Cała historia zostaje wciśnięta w blockbusterową produkcję kinową. Dlatego czasem trudno jest odróżnić fantastykę opierającą się na nauce od zwykłej wyobraźni reżysera. Film traci przez to nieco uznania jako dzieła podejmującego poważny temat. Uważam to za niewykorzystany potencjał na całkiem dobre kino stawiające ważne pytania o ludzką egzystencję.

Sam wątek teorii o ewolucji jest dla mnie arcyciekawy. Niejednokrotnie spotkałem się z nim przy okazji oglądania Star Treka. Odnoszę wrażenie, że ta idea z filmu „Lucy” znajduje się również w pomysłach Gena Roddenberry’ego. Chodzi o ewolucję do postaci „czystej” energii. Najwyraźniej widać ten wydźwięk w końcowych scenach filmu, w których Lucy panuje nad swoją materią na poziomie molekularnym. Jej ciało ulega całkowitej dezintegracji, rozproszeniu na atomy jakby przeżyło cielesną entropię. Tymczasem załogi statków „Enterprise” spotykały takich kosmitów, którzy okazywali się w rzeczywistości bardziej rozwiniętą postacią humanoidów. Chciałoby się powiedzieć jak Spock, czy Data lub inny naukowy oficer – fascynujące! Dość będzie rzec, że to nadal nie mieści się nam w głowach. Ciągle spoglądamy na te teorie jak na wymyślną fantastykę naukową. Niemniej jednak odnoszę wrażenie, że jest to tylko naukowa droga szukania odpowiedzi na nurtujące pytania, które osadzają się również w ludzkiej duchowości. Tym bardziej szkoda mi, że ten wątek stał się jedynie fabularnym tłem dla filmu akcji.