Wspominam żarty dotyczące dorosłości oraz niewinne sprzeczki międzypokoleniowe. Choć wydawałoby się że wiedziałem już wszystko w wieku szkolnym, wkraczanie w dorosłość stało się jednak niesamowicie nowym doświadczeniem.

Bagaż

Oględnie mówiąc bieg życia ma się nie zawsze u każdego tak samo, lecz szukając wspólnego mianownika możemy powiedzieć, że każdy niesie jakiś bagaż doświadczeń. Toteż nie wnikajmy teraz jaki to bagaż, ale zastanówmy się nad pewnym etapem w życiu. Otóż wkraczając w dorosłość nabywa się chcąc nie chcąc pewną odpowiedzialność. Za siebie, swoją pracę czy dzielone życie u boku drugiego człowieka. Wbrew pozorom owa odpowiedzialność niesie w sobie wiele nowego i nieznanego życia, a przez to generuje mnóstwo emocji i przeżyć, z którymi należy sobie samodzielnie poradzić. W ten sposób dochodzimy do pytania, które zrodziło się we mnie oraz które chciałbym zadać swoim rówieśnikom. Brzmi ono: jak sobie radzisz z dorosłością? Pozwól, że pierwszy odpowiem mówiąc za siebie. 

Nienormalna praktyka

Czasem odnoszę wrażenie, że mój sposób nie świadczy o mojej normalności. Otóż gdy zderzam się z falą problemów, traktuję ją jako nie byle jakie tsunami, nawet jeśli to lekko podniesiona woda. Widzę to też w moim otoczeniu. Wszyscy zderzamy się tak naprawdę z trudnościami w trzech zasadniczych dziedzinach: związek, dom, praca. Kiedy sprawy się mają nie po naszej myśli, wpadamy w panikę oraz czarną rozpacz. Przeżywamy te rozmaite sprawy z dozą nadwrażliwości. Toteż chciałem opowiedzieć, jak łatwo wyleczyć się z pewnej megalomanii w obliczu własnych „cierpień”. Tą nienormalną praktyką jest to, że lubię postać przy oknie i popatrywać na osiedle blokowisk. Nie jestem typowym podglądaczem, ponieważ posiadam słaby wzrok, więc nie o podglądanie tutaj chodzi.

Ludzie zza świateł

Stoję przy oknie. Robię tak zazwyczaj wieczorem. Uchylam je. Wdycham powietrze. Zestrajam siebie z chłodem i spokojem osiedla, które coraz bardziej cichnie i zamyka się w swoich mieszkankach. Patrzę na światła w oknach licznych bloków i myślę o ludziach zza tych świateł. Wyobrażam sobie chłopaków grających przy komputerze, dziewczyny plotkujące w kuchni przy ciepłym świetle lampy. Podglądam niedostrzeżone życia całych rodzin. Imaginuję sobie ich domowy rytm. Umieszczam domowników na kanapie jakby byli simsami i włączam ich telewizory, a światła pozostawiane po wyświetlanych filmach i serialach stają się pretekstem do spoglądania nań. Lubię zapach świeżego prania albo słodkie zapachy domowych odświeżaczy. Czasem ucieszę się wonią domowego posiłku. Aromaty oraz domowe obrazy robią we mnie dużo dobrej pracy. Przypominają mi, że podczas gdy odczuwam załamywanie się całego świata, on stoi jednak całkiem stabilnie. Widzę podówczas jak mikroskopijne są moje własne problemy.

Szpital polowy

Toteż dość powiedzieć, że ci wszyscy ludzie wokoło żyją i jakoś się mają. Pewnie w niejednym domu doskwiera uciążliwa proza życia i te same problemy co u wielu, lecz gdy stoję w tym oknie, żywię nadzieję na względy spokój w tych domach. Nie chcę myśleć o okropnościach, które na co dzień zadajemy sobie jako ludzie. Idealizuję wyobrażone rodziny, aby odpocząć. Dość ma człowiek własnych zmartwień. Dlatego przez pewien moment w ciągu dnia owi ludzie zza świateł stają się anonimowym szpitalem polowym i niosą mnie przez kolejne dnia życia. Kiedy tak stoję i podglądam tak naprawdę własne życie, układam sobie małe drobinki prozaicznych spraw i uspokajam skołowaną głowę goniącą za tuzinem rzeczy.

Taki mam sposób. A ty?