Tym razem Lutuś organizował sobie Curriculum Vitae. Poszukiwał pracy. Poprosił swojego kumpla o pomoc.

– No… nie podoba mi się twoje cv.

– Ale o co chodzi?

– W ogóle nie kumasz zasad zabawy. Spójrz na to swoje to CV i zobacz co tutaj masz. „Orzełkowski… Z wykształcenia magister filozofii na podrzędnej uczelni, mhm… W doświadczeniu zawodowym masz zapisane pomocnik biura, wcześniej stażysta. No i wisienka na torcie – twoje zainteresowania – lubisz czytać książki. Serio? Serio?! Nie pomnę na fakt, że spolszczyłeś branżowy język. „Help desk” brzmi o niebo lepiej. – Korpocjusz zawiesił się na chwilę i podrapał się z tyłu głowy. – Będę szczery. Stary, nie wiem nawet czy dostałbyś się do banku na ekspres do kawy. Ani doświadczenia ani umiejętności i nie tłumacz mi, że prezentacje w PowerPoint coś znaczą… Poza tym to CV wygląda jakby narysował je przedszkolak. Gdzie tu design?

– Nie spodziewałem się aż takiej krytyki… Powiedz mi zatem, co ja mam, kurna, zrobić teraz? – Zapytał z wielkimi oczyma.

– Mogę ci nieco pomóc. – Po czym zamilkł układając coś w głowie. – Zrobimy tak, ogarnę tutaj wygląd oraz ładnie to wszystko opiszę. Bogiem a prawdą dobrą ściemą można zdziałać cuda, sam zobaczysz. Przydałoby się, żebyś ogarnął coś jeszcze do tej aplikacji… Wolontariat lub staż musisz zrobić.

– Wolontariat? Po co mi on teraz skoro szukam pracy! Nie mam czasu na ciu ciu babkę… Poza tym myślisz, że podoba się Baśce, że koncertowo popsuły się jej plany na przyszłość?

– Nadal nie kumasz – podsumował zażenowany Korpocjusz. – Postaraj się uważnie mnie wysłuchać. Wolontariat czy staż to kopalnia możliwości dla twojego CV. Uzupełnisz nieco brak doświadczenia oraz dodasz nowe umiejętności. Może uzyskasz dobre rekomendacje, a być może dostaniesz nawet dobrą pracę.

Lutuś nie posiadał lepszego wyjścia niż posłuchać starego przyjaciela. Przystał więc na pomysł Korpocjusza Szczurosławskiego. Pokładał wiele nadziei w Korku.

***

Orzełkowski odbył wcześniej staż w miejskim urzędzie i nie wspomina tego czasu najlepiej. Ciągle chodził na ksero, spinał dokumenty w teczki i parzył litry kawy. Co prawda te zadania nie przerastały jego kompetencji, lecz potwornie się nudził. Na dodatek pracownicy traktowali go jak dziecko, które nic nie rozumie. Nie lubił uśmiechów, gdy o coś pytał. Nie pozostawał głuchy na ciszę, która nastawała w czasie jego przechodzenia obok kawowego stolika. Ciche rozmowy ledwie słyszalne z innych pokoi wygasały kompletnie jak szybko gaszone papierosy.

„NGO to nie jest głupia opcja” wspomniał słowa pewnego kumpla, który namawiał go swego czasu na pomoc przy jednym Stowarzyszeniu. Baśka tłumaczyła mu, że ona zna dobrze takie miejsca, jak to w którym pracował kumpel Lutusia. Przestrzegała go przed Stowarzyszeniami, które podtrzymuję się mimo zgnilizny, ponieważ kilka osób grzeje w nich etaty. Baśka była za to wielkim fanem Fundacji służących chorym i cierpiącym. Promowała działania Caritasu wśród znajomych. Często podkreślała jego całoroczną pracę. Lutuś nie rozumiał trochę tego nieco fanatycznego nastawienia do Fundacji. Nie dyskutował o tym, bo zdawał sobie doskonale sprawę, że to mina. Baśka czekała tylko na okazję, aby chłopakowi wkładać doktrynę katolicką do głowy. Ciągała go po kościołach, a jemu rzadko zdarzało się przeżyć coś więcej prócz znużenia oraz irytacji. Unikał zatem sposobności do tylko kolejnej nierozstrzygniętej rozmowy o Bogu i wiecznym potępieniu.

Korpocjusz dał swojemu kumplowi niełatwy orzech do zgryzienia. „Jak pójdę na jakiś wolontariat, to ugadam tym Baśkę” kombinował Lutuś. Uznał, że nie może konsultować ani z dziewczyną, ani z kumplem tej sprawy. Będą ciągnęli go do swoich wizji. Musiał jednak wziąć pod uwagę to, z kim mieszka pod jednym dachem oraz to, z kim planuje swoją przyszłość. Szkopuł tkwił w tym, że Baśka dosyć niekonsekwentnie postrzegała dobroczynną pracę organizacji pozarządowych. Opowiadała, że jest pełno oszustów i posiadała wiedzę kto jaką sprawę w sądzie ma. Siedziała w tym temacie i znajomiła się z ludźmi mającymi podobnego bzika. Lutuś zdawał sobie sprawę, że sprawę załatwić należy tak, żeby wilk był syty i owca była cała. Szukał religijnej i znanej Fundacji. Sprawdził, że największe uznanie poza Caritasem ma Stowarzyszenie „Wiosna”. Przeglądając ją w Necie, przyznał sam sobie, że ten szef-ksiądz i jego dzieło nie są takie głupie. Niestety zorientował się, że dołączenie do zespołu trwa pewien czas. Nawet na wolontariusza przebiega rekrutacja. Była jeszcze Fundacja „Zupa na mieście”. Kilka lat temu w Krakowie garstka ludzi zaczęła organizować zupę dla bezdomnych i teraz rozrosło się to do akcji w całej Polsce. Lutuś pomyślał, że oni mają na pewno pion odpowiedzialny za marketing. Znalazł łódzki oddział. Wysłał swoje zgłoszenie przez e-mail.

***

Lutuś pojawił się chwilę po czasie. Wahał się czy podejść. Nie znosił się spóźniać. Samochód z baniakami zupy stał na pasażu. Przy kilku stolikach wolontariusze nalewali zupę do jednorazowych miseczek. Poza tym zorganizowano również punkt z odzieżą. Andrzej który zarządzał łódzkim oddziałem zaprosił ostatnio młodego chłopaka do pomocy przy zupie na jeden dzień. Miał to być test na to czy zgłaszający się chłopak pasuje do tego małego światka. „Nie tutaj nie potrzebujemy dobrze sprzedawać, ale dzielić” zadeklarował Lutusiowi.

Lutuś celował w pracę przy kreatywnych projektach. Powiedziano mu, że zanim do takich zadań go po proszą, niech przyjdzie zobaczyć czym się zajmują. Rozdawanie zupy miało dwa etapy. Pierwszy polegał na rozdaniu przy stolikach. Drugi na rozdaniu do rąk własnych tych, którzy pojawiali się dla towarzystwa, ale z jakiegoś powodu nie prosili o zupę mimo, że mizernie wyglądali. Młody Orzełkowski krzątał się a to przy stolikach, a to przy rozdawaniu ubrań. Podawał otrębowe miseczki i stronił od nalewania zupy. Bał się wzroku ubogich. Chwytał go za gardło i dusił w uścisku wyrzutów sumienia wymieszanych z żalem. Zdobył się na nieco odwagi później i wspólnie z Marcinem udał się na obchód z zupą. Pasaż Schillera stwarzał możliwość rozmieszczenia biednego towarzystwa na ławeczkach i murkach okalających ogrodnicze dekoracje miejsca. Lutuś nie mógł się nadziwić jak jego kompan odróżnia hipsterów od meneli. To nie było aż takie trudne, ponieważ większość obecnych teraz osób to byli jednak bezdomni. Niemniej zdarzali się obserwatorzy, którzy nie włączali się do pomocy ze względu na przekonanie, że Boga nie ma. Także śmierdziało im za bardzo, ale tego głośno nie manifestowali. Mimo przekonań obserwowali dobroczynność, którą później dokumentowali i udostępniali w Social Mediach. Mniemali, że wypełniają ideową powinność buntu wobec złego świata.

– Nosem – odpowiedział z uśmiechem Piotrek. – Odróżniam ich nosem.

***

Zanim powiadomi Korpocjusza, postanowił samodzielnie dograć sobie całą sprawę. W tym celu umówił się z Andrzejem na krótką rozmowę.

– Wiesz, Lutuś, powiem tak. Nie wystawiałem do tej pory rekomendacji za pomoc przy Zupie – mówił włócząc spojrzeniem. Trochę głupia sprawa jeśliś pojawił się tylko po to…

– Nie rozumiem… Jak to żadnych rekomendacji? Nikt nie prosił o nie do swojego CV? Te osoby muszą przecież gdzieś pracować!

– Nikt. – Andrzej wyszczerzył oczy. – Wszyscy, którzy tutaj pomagają, pracują. Zupę rozdajemy przecież po godzinach pracy. Nie zauważyłeś? Wystawię tobie rekomendację, lecz zastanów się czy na pewno je chcesz. Coś mi podpowiada, że to chybiony trop w twoich poszukiwaniach.

Lutuś wstrzymał się ostatecznie i postanowił porozmawiać z kumplem, ponieważ zgubił się trochę na ścieżce wyznaczonej przez Korpocjusza. Sama rozmowa z Andrzejem wstrząsnęła nim bardziej niżby się spodziewać mógł. Targały nim emocje, których nie potrafił zdefiniować. Bał się przed sobą przyznać, że wyszedł na durnia.

***

Konsultacje z kumplem nie były takie proste, Korek wyrzucał bowiem Lutusiowi, że ten kompletnie nie ogarnął swojego zadania. W niemałych nerwach wytłumaczył mu konkretnie, żeby rozesłał swoje zgłoszenia na staż do Agencji Marketingowych lub jeśli czuje się na siłach, niech wysyła nawet do Agencji Informatycznych.

Po telefonicznych konsultacjach Lutuś otrzymał e-mail z poglądowym CV. Nie mógł się nadziwić temu jakie było wymyślne. Podziwiał korkową sztukę designu i uważnie studiował rubryczkę z „kompetencjami miękkimi”. Nie posiadał nic a nic cech charakteru tam zamieszczonych.

W ramach terapii, po traumatycznym doświadczeniu nie odnalezienia się w dżungli rynku pracy postanowił pograć na konsoli. Dzika wyspa, walka o przetrwanie i pokonanie handlarzy niewolników z gry FarCry 3 wydawało się znacznie prostsze niż miejskie życie. Baśce powiedział tylko, że z Korkiem pracują nad nową pracą. Nie wspominał o „Zupie na mieście”, nie wiedział bowiem jak zakończy się jego pomysł. Zastanawiał się nad całą sytuacją. Musiał zorganizować sobie inne miejsce zdobywania kwalifikacji i niezbędnego doświadczenia. Wracał jednak myślami do tamtej akcji. Coś nie dawało mu spokoju. Nie mógł sprostać świadomości, która synchronizowała nową informację o bezinteresowności i poświęceniu.