Poznajcie Lutusia i jego historię związaną z czarnym psem.

Lutuś jechał do pracy. Siedział spięty w starym POLO. Na pierwszych dłuższych światłach wziął głęboki haust powietrza. Oddał je w wydechu z dodatkiem porządnego zdenerwowania. Wczorajszy dzień obciążał to powietrze. Przeżył ze swoją Baśką awanturę klasy „zaraz umrę”.

– JEZUSMARIA! No jadę przecież baranie! – Wrzeszczał tak, jakby ziomek z trąbiącego za nim samochodu czekał na jego krzyk. Zmieniając biegi spojrzał w lusterko nad deską rozdzielczą. „Jakiś pajacowaty team leader” pomyślał. Nowe auto trąbiącego, wywołany przez niego stres i poawanturowe samopoczucie Lutusia nie miały litości dla ludzi. Taka postawa z jego strony należała mimo wszystko do rzadkości.

W pracy nie miał czasu na dłubanie we wczorajszym zdarzeniu. Baśka dołożyła w nie i tak tyle, że wracanie do tej sprawy budziło wściekłość. Był w pracy. Prezentował nową analizę. Zszargane nerwy były mu zbędne teraz. Dzisiejsza prezka była przez to cięższa niż wydawało się w czasie, gdy Tomasz mu ją podrzucił na początku tygodnia. Lutuś nie znosił pędu, który fundował mu przełożony. Nie lubił pośpiechu, lecz w jego pracy on nieustannie panował. Siedział teraz w Gorącej Linii. Nazywał w ten sposób socjalne pomieszczenie w pracy. Sam to wymyślił. Nikomu o tym nie powiedział. Właściwie wszyscy pracownicy opowiadali o swoich bolączkach w Gorącej Linii. Podczas krótkiej przerwy zdążali coś przegryźć i wylać z siebie nieco kwaśnego sosu pogmatwanego życia. „Nieźle poszło” pomyślał po skończonej prezentacji. Analiza dotyczyła efektywnych sposobów selekcji dokumentacji, którą archiwizowało się w firmie dającej mu zatrudnienie. Tomasz zachęcał Lutusia do tych projektów możliwością awansu. Jego podwładny był póki co Referentem ds. Dokumentacji. Większość miała w nosie przygotowane przez Lutusia wystąpienie. Tym niemniej angażowali się w części pytań i komentarzy. Robili wszystko, żeby ich zauważono, żeby plusik wyłuskać. Lutusia bawiło to nawet. Ze względu na wystąpienie przysługiwała mu chwila przerwy przed powrotem do swoich zadań. W Gorącej Linii wziął kolejny głęboki oddech. Dopiero drugi tego dnia. Na chwilę wrócił w myślach do groźby wczorajszego wieczoru. Ściskało go w środku. Nie chce wojny z Baśką o ich wspólną przyszłość i nie zamierza też gnić w obecnej pracy. Mijały dwa lata odkąd dołączył do firmy. Mówił sobie, że jest w niej o dwa lata za długo i że zdążył zrozumieć jedno. Chce iść „na swoje”. Ten świat nie jest z jego bajki. Lutuś chce uciec od rzeczywistości, w której się dusi. Zanim wrócił do biurka Tomasz zlecił mu nowy projekt. „Najszybciej jak się da, najpóźniej do końca przyszłego tygodnia” usłyszał. „No przecież! Inaczej nie robi się projektów tutaj” powiedział sobie pod nosem. Pienił się na myśl o kolejnej analizie w trybie turbo-nitro-szybciej nie mogę.

*

Wracał z pracy. Mógł spokojnie pomyśleć. Powroty do domu liczył w przestanych korkach. Lubił je nawet z prostego względu. Lutuś był myślicielem i miał zazwyczaj sporo czasu na swoje filozofie. Irytował się nieekonomicznym spalaniem paliwa, lecz przywykł do tej sprawy wliczając ją w koszty. Myślał o Baśce i o tym co mu powiedziała. Ona chce dom, dziecko, ślub i jakiegoś zwierzaka. Ona się niecierpliwi. W wyniku rozmachu całej tej awantury nie spamiętał kolejności postulatów przedstawionych przez drugą stronę, lecz przeczuwał, że ten protest nie rozejdzie się po kościach. Tymczasem Lutuś zmagał się z pewnym wyznaniem. Planował odejście z pracy. Nie lubił jej, a odkąd Tomasz cisnął go intensywniej, Lutuś nabrał przekonania w swoich wątpliwościach. Chłopaki poróżnili się po koleżeńsku w pewnej kwestii. Lutuś wkurzył się zwyczajnie, gdy Tomek tłumaczył mu, że jego stanowisko jest przyszłościowe. „Litości, skanowanie dokumentów i wbijanie plików do programu jest przyszłościowe?!”. Tylko tak pomyślał. Nie powiedział tego, lecz „dobra, lepiej nie czaruj mnie odgórną dyrektywą” nie było bardziej dyplomatyczne. Powiedział to po koleżeńsku, bo o takie relacje prosili wcześniej przełożeni w imię porzucenia sztywności we współpracy. Od tamtego czasu nie byli kolegami. Lutuś był pracownikiem, a Tomasz był szefem. Nie spodziewał się, aby Baśka wyczuła go z tym zamiarem wcześniej, chociaż odczuwał presję podczas ostatnich rozmów o kredycie.

Wracając dowiedział się, że Baśka będzie później w domu. Parsknął, gdy przeczytał sms „zostaję na nadgodziny…”. Takie nadgodziny nie należały do rzadkości. Zawsze były dobrowolne, lecz ludzie zostawali z reguły na nich. Na Lutusia spadły zakupy. Dzięki tym wymuszonym nadgodzinom chłopak znalazł sposób, aby udobruchać swoją dziewczynę. „Zrządzenie losu” mówił patrząc na czarną psinę. Czarna psina kołatała koło białego POLO, gdy jego właściciel wracał z siatkami. Patrzył i zastanawiał się co wygląda biedniej: pies czy samochód?

– Z nieba mi spadłeś kolego!

– Hau!

Lutuś mógłby przysiąc, że czarny koleżka wyszczekał „wiem”. Tymczasem kolejność rzeczy w życiu zaczynała coś znaczyć. Zignorował postulaty Baśki, ale teraz zaczął kombinować. Lutuś zrozumiał, że czarna psina przyda się do negocjacji. Zaczną od jakiegoś zwierzaka. Nie miał do nich serca, nic a nic. Przestawał w ogóle mieć serce, ale zaczynał za to dobrze kalkulować. „Pies i wynajem lepszego mieszkania” wyliczył bez kalkulatora.

*

Zdziwił się bardzo, gdy piekły go policzki od licznych razów, których uświadczył po wyłożeniu negocjacyjnego pakietu Baśce. Nie chodziło o to, że pomylił kompletnie kolejność, bo miał przecież być ślub, zakup mieszkania i dziecko z wózkiem w pakiecie przed psiną. Problem zrobił się w tym, że pies był czarny jak węgiel. Dziwował się dokumentnie i nie pojmował co jest grane. „Chciała jakiegoś zwierzaka” komentował w duchu. Nie mieli za wiele czasu po pracy, lecz godziny przeznaczone na odpoczynek przegadali na temat psa. Lutuś łapał oddech w łazience. Płukał gębę w chłodnej wodzie po kolejnym walniętym dniu. Przecierał zmęczone oczy. Przetrwał kolejną bitwę w ich wspólnego życia. Co prawda, zapłacił za przetrwanie znaczną cenę, lecz liczyć już umiał. Pierwszą awanturę zbył drugą i tak zasypiał snem sprawiedliwego tego dnia. Tymczasem czarna psina znalazła sobie miejsce w korytarzu przy butach. Nie wiedziała, że Basia i Lutuś składają oszczędności na to, aby odmienić sierść nowej pociechy. Nie była do zaakceptowania w postaci w jakiej się pojawiła.

 

ps. zainspirowałem się do napisania tej opowieści drobną wzmianką zaczytaną gdzieś w gazecie. Otóż czy wiedzieliście o tym, że Winston Churchill nazywał swoją depresję czarnym psem?

Koniec i kropka, a kto nie pojął ten trąbka.