Tym razem Lutuś przegrywa partię szachów z własnym Dziadkiem. Nie udaje mu się również namówić przyjaciela na kawę. Na dodatek zostaje przymuszony do niechcianego spaceru.

Lutuś posłał gońca, aby ten zbił pewnego pionka. „Ciągle skupiasz się na wykluczaniu figur, zamiast na dogodnym ułożeniu się wśród nich” odpowiedział na jego ruch Dziadek. Spotkali się w parku przy stoliku do gry w szachy. Główny Szachista i strateg rodziny uczył szlachetnej sztuki walki o królestwo znajdujące się na polu w ciemno-jasne kwadraty. Toteż Lutuś nauczył się walczyć, ale nie potrafił z kolei zdobywać i w ten sposób zawsze słyszał „szach”. Dziadek nie kończył nigdy mówiąc „szach-mat”, gdy zamknął w potrzasku wrogiego króla, poprzestawał na tym i rozpoczynał jakiś temat. Dumny wnuczek dopełniał czasem ceremonię zwycięstwa za swojego przeciwnika i tłumaczył, że umie przegrywać z honorem. Nic nie wskórał tym gadaniem. Rodzinny Mistrz Szachów zabierał Lutusiowi jeden dzień w roku. Oczywiście widywali się podczas okolicznych świąt i familijnych uroczystości, istniały telefony i Internet, lecz poza tym miał być jeden dzień tylko dla nich. Wymyślił to Dziadek i zależało mu na tym. Wiedział, że młodzi a w tym jego wnuczki żyli w zwariowanych okolicznościach. Zdawał sobie sprawę, że czas to dla nich towar deficytowy. Nigdy nie ośmielił się wyłuskać więcej niż jeden dzień dla siebie i zawsze dziękował Lutusiowi za poświęcony czas, wiedział bowiem, że wielu jego rówieśników nie cieszy się taką atencją ze strony swoich bliskich. Toteż spotykali się na cały Boży dzień. Grali w szachy i rozmawiali o historii. Zamiłowanie do strategicznej gry odbijało się również w nieustannym przyglądaniu się przeszłości. Wyjątkowo poważnie traktował łacińską sentencję mówiącą, że historia jest nauczycielką życia. Zgłębiał dzieje ojczyste a nawet światowe z sumiennością, jakby w nich tkwiło dla niego prawdziwe życie. Mimo wszystko posiadał nietypową umiejętności niezatracania się w historii, nie uciekania przed znacznie szybszą nowoczesnością, która zmuszała do wspólnego biegu.

***

– Szach, Lutusiu! – zakomunikował rozpromieniony, lecz nie złośliwy i zanim Lutuś zdążył się zbuntować, mówił dalej. – Zostawmy tę grę. Choć robisz postępy, ciągle lekceważysz istotę tej gry. Zbijasz pionki i nie masz żadnego planu na osaczenie króla. Tymczasem powiedz mi lepiej jak się masz, doszły mnie słuchy o pewnym incydencie w pracy. Twoi rodzice są nim głęboko poruszeni i z tego co mi wiadomo, Basia coś tam knuje w komitywie z nimi. Uważaj, bo zanim się zorientujesz, staniesz na sądowym polu bitwy i miast coś wywalczyć, zarobisz się jakbyś wyszedł z motyką na słońce.

– Łatwo powiedzieć, zawsze dobrze wiesz co należy robić – i utkwił wzrok w uchwyconym królu na kamiennej planszy. – Nie mam pojęcia… wiesz gdybym miał chociaż jakiś plan, to mógłbym może przejąć stery. Co ja mam do gadania, skoro jestem teraz pasożytem. Nic nie mam. Dobrze byłoby gdybym znalazł dobrą pracę, a to nie jest takie proste. Mówię dobrą, bo to jest istota mojego problemu, więc może tutaj mi podpowiesz coś? – Uniósł w końcu głowę na zwycięzcę pojedynku, jakby liczył na przepis na dobre życie.

– Bardzo mi przykro, ale nie wiem…

– … no właśnie nikt nie wie! Wybacz mi, że się uniosłem, ale jeśli kto miałby ciekawy pomysł to właśnie ty, a tak to wysłuchuje pomysłów Baśki czy innych i to w co oni chcą mnie wpakować, wydaje się horrorem. Dla nich jestem z kolei szurnięty, ponieważ nie chcę ich słuchać…

– … i nie słuchaj ich, ani mnie, rodziców czy nawet Baśki. – Przechylił lekko głowę i delikatnie pochylił się do rozmówcy. – Nikt nie wie tego jak ma żyć Lutuś Orzełkowski. Podobno masz wygórowane wymagania od rynku pracy, na które nie zasługujesz i wiesz co ja na to? Powiedziałem twoim rodzicom „niech ma!”. Nikt nie wie jak masz żyć, a twoim zadaniem jest to zrozumieć…

– … tylko ja nic nie rozumiem, bo to co jest podobno racjonalne, mi się po prostu nie podoba kompletnie. Od kiedy to rozum ma na drugie zysk?!

– … od zawsze Lutusiu. Powiedz mi lepiej dlaczego przestałeś zadawać pytania? Zawsze pytałeś o zbyt wiele, a teraz zachowujesz się, jakbyś bał się pytać i odpowiedzi przerażały cię niczym monstrualne potwory. Jeśli Rozum ma na drugie Zysk, to niech ma. Nie musisz się z nim kolegować, a może poznasz inny Rozum, może jest ich wiele. Kto wie? – zapytał wracając do wcześniejszego serdecznego uśmiechu. – Nie myśl, że wiem jak ja mam żyć. Jestem teraz w towarzystwie młodego człowieka i kompletnie nie potrafię się odnaleźć, lecz to nie oznacza tego, że zamierzam zostawić cię na lodzie, mój młodzieńcze. Co prawda nie rozwiążę twoich problemów, ale nie pozwolę sobie abyś gnębił siebie bez towarzystwa. – Puścił oczko i wskazał spojrzeniem na szachową tablicę. – Czasem nie ma się zbyt wielkiego pola manewru, lecz to nie zwalnia z poczynienia kroku. Nie wiem co powinieneś i posłuchaj starego Dziadka, ty się sam tego dowiesz prędzej czy później, a od twojej pracy nad sobą zależy kiedy. A teraz idziemy, chowamy szachy i idziemy.

***

Dziadkowe szachy wykonano z drewna. Każdy pionek został szczegółowo opracowany i przedstawiał konkretną figurę. Długi czas ozdabiał je specjalnymi farbami do malowania jak chłopiec składający z najwyższą czcią swoje modele samolotów, czołgów czy samochodów. Lutuś zapraszał usilnie na kawę. Niedaleko parku posiadającym stoliki do gry w szachy stała galeria handlowa. „Nie bądź uparty jak twój marszałek” drażnił się próbując przekonać starszego człowieka do odpoczynku przy kofeinowym napoju. Nie zadziałało. „Nie zamkną nas przecież w celi jak generałów” dalej zaczepiał. Dziadek jako historyk-amator miał szczególne zamiłowanie do Marszałka Piłsudskiego. Należał nawet do specjalnego klubu. Toteż Lutuś lubił droczyć się z Piłsudczykiem o dawne dzieje i starą politykę, a Dziadek pozwalał mu na to i tylko czasem sugerował, że w żartach zbliżają się do niepisanej granicy. Wnuczek cenił te rozmowy w śmiechu o historii. Doskonale wiedział, że jego rozmówca poświęcił także wiele czasu, aby poczytać o takich wydarzeniach jak „bunt Żeligowskiego” czy „proces brzeski”. Dziadek nie należał do starszych panów z pewnymi obsesjami, miał po prostu swoje hobby. Poza tym tłumaczył czasem czym jest ahistoryzm, że nie należy mierzyć przeszłość miarą współczesności, a te rozważania około historyczne podobały się zwłaszcza Lutusiowi. Mimo wszystko nie chodziło nawet o znajomość dziejowych zawiłości i niuansów. Lutuś traktował to postępowanie jako dziadkową roztropność, której był wielkim fanem. Jego starszy przyjaciel posiadał oprócz rozwagi jeszcze jedną cnotę. Potrafił bowiem doceniać, posiadać autorytety i prawdziwie szanować. Niebywała umiejętność w epoce kultu „Widzimisie” objawiającego Dziesięć Przykazań Indywidualisty i uniwersalnego prawa boskiego „bo mogę”.

Dziadek zaproponował dyplomatycznie, że pozwoli zaprosić się na kawę po lunchu i poprosił o spacer z wnuczkiem „dla zdrowotności” jak to ujął. „No dobra” powiedział Lutuś dziwiąc się argumentacji, jego przyjaciel cieszył się bowiem lepszą formą od swojego wnuczka. Ruszyli zatem bez pośpiechu. Powolne tempo dawało się we znaki młodemu człowiekowi przyzwyczajonemu do pośpiechu. Brak konkretnego punkt docelowego wprawiał w dezorientację, a wygasające rozmowy przyprawiały o zawrót głowy. „Zaraz się zacznie” pomyślał, kiedy nastała cisza. Bał się kolejnej konfrontacji z wściekle gryzącymi myślami. Nie mógł znaleźć spokoju i wiedział, że nie znajdzie póki jego własne problemy nie przytulą się do konkretnych rozwiązań. Dziadek stanowczo optował jednak za chodzeniem. Wnuczek nie miał zbyt wielkiego pola manewru i pogodził się ze spacerowaniem. Nie czekał długo na nastanie proroczej wizji i wnet dopadły go jego zmartwienia dołączając do marszu. Grymas na jego twarzy nie mógł zostać niedostrzeżonym przez starszego przyjaciela, lecz on udawał, że nie widzi żadnych nieproszonych towarzyszy. Lutuś zdążył podsumować swoje problemy i możliwości. W którymś momencie przestał mielić w kółko te same rozważania i począł zajmować się zielenią parku nie rozumiejąc zaistniałej ciszy ze strony przyjaciela. Nie posiadał wiedzy przyrodniczej i drzew nie odróżniał. Na modzie się nie znał i lekceważył rozmaite kreacje innych przechodniów. Choć mieszkała z nim i Baśką czarna psina, to jednak nie rozczulał się nad innymi pupilami spotykanymi w parku. Nie królowało jeszcze lato, a nakrycie się cienką kurtką nie sugerowało nawet zbytniego ciepła. Mimo to czysty chłód powietrza wietrzył ciągle jego umysł, prawdziwa cisza nastała po wymęczeniu swoich zmartwień, tempo życia zwolniło na chwilę równając się z tempem kroków. Terapia zaczęła działać, a pod koniec chodzenia nie był już taki markotny. „Niedoceniony spacer dobrze robi zdrowiu” powiedział Dziadek w chwili, gdy wychodzili z parku na chodnik. Zbliżała się pora lunchu.