Opowiadania o tym, że Lutuś wraz z Zygą pojechali na spotkanie branżowe.

Jechali pociągiem do Krakowa. Lutuś siedział nieco przybity. Spoglądał na migający krajobraz za okna. Zyga z kolei nie spotykał się obecnie z żadną dziewczyną. Jego ześwirowane zainteresowanie teoriami dziejów nie stanowiło nawet znaczącego problemu. Nie brakowało bowiem kobiet równie węszących światowe spiski jak on. Przeżył jakiś czas temu rozstanie. Nie zwierzał się z tej historii, lecz emanował takim zrezygnowaniem w materii randek jakby doświadczył najczystszej intrygi na własnej skórze. Mimo wszystko nie wczuwał się w problemy kolegi z Baśką, a to właśnie narastający konflikt sprawiał, że ulatywała z niego wola walki. Lutuś opuszczał gardę podczas bójki z życiem, jakby przekonywał się, że otrzymanie solidnego łomotu jest nieuniknione. Tymczasem kiedy jechał z Zygą na branżowe spotkanie internetowych twórców, trzymał na wodzy świadomość przypominającą o szalonym pomyśle współpracownika. Odrywając głowę od szyby, pozostawiając jednak nań spojrzenie, rzucił lekceważącym tonem „wchodzę w ten fortel”. Było wiadomo o czym mówi, ponieważ jedynie ta kwestia pozostawała do omówienia. Toteż współpodróżnik uniósł zaciśnięta pięść podkreślając zbliżający się triumf nad nieprzyjacielem. Wrogiem była Agencja, która w dość ciekawy sposób pozbyła się swojego pracownika. Przekonywania bliskich i czas pokazujący żadną wartość rzuconych plotek umacniały Lutusia w decyzji o walce z eks-pracodawcą. Zyga namawiał go od początku na załatwienie tej sprawy, lecz kiedy opracowywali promocyjny kanał, zaalarmowały mu się w głowie nowe możliwości. Istniała bowiem ryzykowna strategia wypływania na powierzchnię w oceanie show-biznesu. Nazywała się „afera”. Okoliczności do wywołania burzy rzucił im sam los, ponieważ wydarzenia związanie z wylaniem na zbity pysk Lutusia nadawały się idealnie do roztrząsania w Necie. Pozostawało jedynie opracować mądre idee oraz wartości do konfrontowania z zaistniałą sytuacją. Nad tym Zyga myślał już od jakiegoś czasu. Nawet zamierzał skrycie opowiedzieć o tym koledze. Usłyszał jednak niedyskretne wywody pewnego starszego pana siedzącego przed nimi. Rozpoczęło się niewinnie, od rozmowy skąd-dokąd. Kiedy jeden z panów wspomniał o „Piwnicy pod baranami”, drugi pochwalił się pracą przy oświetleniu w owej Piwnicy. Toteż nie trzeba było wiele więcej, aby stworzyć przyczynek do rozmowy właściwej dla osób w poważnym wieku. W takich okolicznościach spokojna pogawędka o środowiskach artystycznych przerodziła się przez temat o mediach w polityczną nawalankę. Zyga nie wytrzymał długo w milczeniu. Początkowo próbował zignorować dyskusję dwóch facetów w późnym wieku średnim. Nie byłby sobą jednak, gdyby nie włączył się do plemiennej bitki. Wstał i bezpardonowo wtrącił się, nagła cisza zasugerowała Lutusiowi, że jego kumpel zbił przez moment staruszków z pantałyku. Po chwili konsternacji zaprosili go do przysiadki w wolnych fotelach naprzeciwko. Zyga siadał porzucając współpodróżnika, który wyciągał słuchawki ze swojej torby.

***

Siedział zatem w wygodnym fotelu. Spoglądał przez zabrudzoną szybkę pociągu. Jechał do Krakowa. Słuchał muzyki z aplikacji na telefonie. Coraz więcej przekonywał się do dobrobytu technologicznego. Przy utworach „Voo Voo” zmierzał na „szalenie ważne” jak to tłumaczył Zyga spotkanie. Internetowi twórcy organizują już od wielu lat specjalne wydarzenia i spraszają na nie cały sieciowy światek osób „mających coś do powiedzenia” jak to sami siebie dumnie określali. Współpracownikowi Orzełkowskiego nie chodziło tylko o znajomości wśród samych twórców. Masa reprezentantów najrozmaitszych firm pojawiała się bowiem na owych spotkaniach, a jak tłumaczyli sobie pomysłodawcy „Wytwórni pomysłów”, dobry sponsor zawsze się przydaje. Toteż jechali z nadzieją na zysk. Od dwóch lat problem związany z ekonomią sieciowych tworów skutecznie się dezaktualizował. Szczęśliwe wyciszenie jazgotów czytelników oraz widzów Social mediów rozpoczęło się od pewnego prozaicznego wyznania w tekście „Pracuje w reklamie i kij ci do tego”. Sprawa rozeszłaby się może po kościach, gdyby na totalną szczerość pozwolił sobie szeregowy tekściarz, a nie jak to miało miejsce sieciowy boss. Przemielenie tematu wyciągniętego z blogowego wpisu zwalczającego pretensje o udział w reklamach wprowadziło sporo świeżego powietrza we wirtualną przestrzeń. W ostatecznym rozdaniu twórcy postawili siebie bez kurtuazji po stronie ekonomii i w ten sposób wycofano jedną nogę blogosfery z przybytku kultury, w którym chciała ona siebie widzieć. Branża e-commerce, e-marketingu czy po prostu reklamy. Otwarcie przyznawano, że chodzi o pieniądze. Tubylcy Internetu wpisali wręcz to wyznanie w twórczość influencerów, ponieważ pijar kreujący odmienny wizerunek stawał się nie do zniesienia. Po tej burzy sprawy w Internecie przycichły. Nie nastąpił żaden demontaż blogosfery. Toteż Lutuś jadąc do Krakowa doszukiwał się swojej szansy, jakby chciał ją zobaczyć w widokach za szybą.

Koszt wyjazdu i wszystkiego z nim związanego pokrył ze swoich oszczędności. Podczas awantury o mikrofon, budowanie promocyjnego kanału wyszło na jaw. Pomimo długich przekonywań, Baśka nie dawała wiary w drogę obieraną przez jej chłopaka. Spełnianie marzeń czy pogoń za dobrym życiem traktowała jak najwyższe wartości. Kiedy Lutuś walczył jednak o nie, cena okazała się nie do zaakceptowania dla niej. Toteż zainwestowanie w wejściówkę „na salony” jak to zgryźliwie komentowała, zostało solennie opłacone. Ich związek kruszył się, jakby każde z nich wyrywało swoją część posągu partnerstwa. Nieruchoma skała marniejąc pozostawiała po sobie jedynie lekki pył, nieznośnie umykający między palcami. Lutuś spoglądając w przeźrocze ukazujące szybko mijane domy i lasy wyobrażał sobie ten posąg zastanawiając się czy zakup mikrofonu pozostawi pęknięcia nie do odratowania. Zdecydował się na kolejną inwestycję popychany zawziętością dziewczyny. Może gdyby posiadał więcej czasu na podjęcie wyboru, zrezygnowałby lub przełożył na inny moment. Niestety presja partnerki zmuszała go do szybkich działań. Nie mając zbyt dużego pola manewru, kierował się tam gdzie widział szlaki.

***

Rejestracja odbywała się w pokaźnym holu. Po zgłoszeniu swojej obecności dostawało się pakiet powitalny ze specjalną plakietką personalną. Pierwsze konferencje miały odbyć się w jakieś pół godziny od zakończenia zapisów. Wyczekiwanie w holu stało się okazją do zapoczątkowania sieci kontaktów. Lutuś spostrzegł, że jakieś trzy czwarte z osób popija właśnie kawę. Jego oczy wychwyciły istny pokaz kubków świata. Spora część popijających czarny napój posiadała własny kubek. Stali z nimi przy oszklonych ścianach od frontu. Gdzie nie gdzie były pufy. Rozstawiono specjalne miejsce do robienia wspólnych zdjęć. Wokół krzątała się masa osób z kamerami. Z reguły młodzi ludzie, świetnie ubrani wymieniali uśmiechy śląc je na lewo i prawo łapiąc kontakt wzrokowy jakby byli na konkursie. Zdał sobie sprawę, że jego przewidywania były wyjątkowe trafne. W zaistniałej chwili wydawał się być kompletnie nie przygotowany do przebywania pośród tych wszystkich ludzi. Nie wiedział z kim rozmawiać i o czym. Toteż uprzednio umówił się z Zygą, żeby to jego kumpel nawiązywał relacje, a on sam zajmie się sumiennym przetwarzaniem prezentowanych treści.

Ze względu na wczesny wieczór, pierwsze wystąpienia miały być krótkie. Popularni twórcy mieli w kilku zdaniach zdradzić tajniki swojej pracy. Po przewidzianych mowach zaplanowano „wielką degustację”. Konferencje okazały się wykładnią pewnej filozofii w duchu „dlaczego robię to tak, a nie inaczej”. Elegancko ubrany Pan lub ubrana Pani przemawiali poważnie lub trochę mniej i co jakiś czas dyskretnie naciskali pilociki do przerzucania slajdów. Dodatkowy urok stwarzały wygaszone reflektory i ogromny ekran za plecami mówców. Organizacja budziła szacunek tak, że prezentacje zawstydziły nieco Orzełkowskiego i przez moment zwątpił w niesłuszne zwolnienie z pracy. Lutuś nie przepadał za przemyśleniami opierającymi się o psychologizację niemal wszystkiego. Nie zdawał sobie sprawy z powszechności tej metody wśród grona w którym się znalazł. Mógł się domyśleć. W eks-pracy większość opierała swoje myślenie o „nieznośną psychologię potoczną” jak to zwykł ujmować. Każdy ocenia przecież innych, lecz dopiero w dobie charyzmatycznych liderów, ta umiejętność nabrała pewnego blasku oddalając cień subiektywizmu, tworzenia stereotypów i niechlujnego myślenia. W filozoficznych podróżach Lutuś poszukiwał jakiegoś stałego lądu opartego na skale prawideł życia. Owa psychologizacja dręczyła go natomiast jak fatamorgana, wyobrażona z szybkich osądów oaza, na której nie mógł posiedzieć zbyt długo. Szybko rozpływała się bowiem niczym rzadka mgiełka. Inna tendencja zaistniała na scenie wśród prezentujących nosiła miano unaukowienia swojego zajęcia oraz metod działania. Pojedyncze jednostki z dziesięcioosobowej grupy „szybkich 15” omawiały warsztatowe reguły tworzenia komentując zasady kompozycji, przywołując klasyków gatunków. Niestety większość posiłkowała się materiałami przygotowanymi przez piewców kultury zysku. Toteż widoczne było na pierwszy rzut oka przesunięcie akcentu z wyrażania przede wszystkim siebie w treści na osiąganie wyniku. Wbrew pozorom Lutuś nie robił sobie problemów z tym, że prezentowane filozofie posiadały mnóstwo dziur nieprecyzyjności czy wątpliwego pojęcia niczym żółty ser. Schlebiał nawet sobie lepszą umiejętnością budowania myślowych konstrukcji, a przetwarzając wystąpienia powtarzał także „bułka z masłem”.

Istny jarmark marek, mniej więcej tak można było streścić wydarzenie ukryte za określeniem „wielkie degustacje”. Ze względu na postępującą otwartość w komercjalizowaniu blogosfery, na imprezie pokaźny udział posiadały także firmy, a przede wszystkim główni sponsorzy. Podczas totalnego smakowania się w najróżniejszych produktach następowały swoiste kuluary. Toteż najwytrwalsi przemierzali główną halę od stoiska do stoiska, każde po kolei. Rozkładano specjalne platformy, organizowano pomieszczenia technologiczne, rozdawano gadżety, utworzono punkty do prezentowania talentów, mówiąc krótko zorganizowali to z pompą. Aspirujące do branży osoby miały niepodważalną szansę zaimponować potencjalnym pracodawcą umiejętnościami generowania zainteresowania danym produktem. Zyga znając na wylot program zjazdu opracował instrukcję wędrowania po jarmarku marek. Spośród szerokiego pola potencjalnych sponsorów postawił zasadniczo na dwa kierunki. Szukał po pierwsze wydawnictw i grup medialnych w celu zachęcenia ich do rozpostarcia skrzydeł nad „Wytwórnią pomysłów”. Na drugim miejscu nakreślił producentów sprzętu zarówno tego do cyfrowego tworzenia jak również narzędzi do prac manualnych. Poza tym powiedział sobie oraz poprosił kumpla „przyglądaj się osobom przy tych stanowiskach”, a miał na myśli owe wydawnictwa i grupy medialne. Liczył bowiem na znalezienie chętnych współpracowników.

Lutuś zdziwił się niemało spotykając jednego z duchownych, którego poznał przy okazji wolontariatu przy Zupie. Był tak zaskoczony, że chciał momentalnie podejść i podpytać co ojciec Tomek tutaj robi. Zmieszał się szybko, bo co prawda nie porzucił dzieła całkowicie, ograniczył jednak znacznie swój udział w nim i pojawiał się zaledwie kilka razy w ostatnich miesiącach. Toteż stało się nie inaczej, że sam duchownych podszedł do chłopaka kojarzonego ze wspólnej pracy i dopytał o okoliczności przybycia na konferencję. Nie pozostało Lutusiowi nic innego jak przedstawić w telegraficznym skrócie swoją obecność pośród ludzi robiących rzeczy w Sieci. Żalił się nieśmiało z niemożnością znalezienia pracy, jakby liczył na wytłumaczenie swojej absencji przy Zupie. Tomasz podpowiedział przyjacielskim tonem, aby nie przestawał szukać swojego miejsca w życiu i zaoferował swoje wsparcie, gdyby wszelkie plany spełzły na niczym. Kiedy już opuszczał towarzystwo Lutusia, ten zapytał go czy nie ma problemy z wszędzie obecnym „bożkiem pieniądza” jak to próbował określi w odpowiednim stylu.

– Bogiem a prawdą jestem tutaj w podobnych intencjach. – Spuścił nieco głowę. – Zapewne jak wiesz Zupa ma swoje potrzeby. – Uniósł zaskoczone spojrzenie i życzliwy uśmiech. – Natomiast jeśli pytasz naprawdę o duchową stronę mojej obecności tutaj, to muszę przyznać, że obserwuję tych ludzi. Chcę zrozumieć dlaczego za tym bożkiem biegają. Chociaż ja ująłbym to raczej w ten sposób, że chciałbym poznać jakich smaków oni poszukują, ponieważ zdradzę ci mały sekret. Na wiarę bowiem trzeba również mieć smaka. – Puścił oczko swojemu rozmówcy.

***

Drugi dzień pędził łeb na szyję. Od rana przygotowano warsztaty. Krótkie omówienie tematu jak na przykład tworzenie zachęcających tytułów lub opracowanie działań we własnych mediach na rzecz danej marki. Następnie dzielono uczestników na kilku osobowe grupki mające zmierzyć się z wyznaczonymi zadaniami. Na koniec podsumowanie projektów. Warsztatów było naprawdę wiele. Każdy mógł wybrać to co go interesuje, a co po niektóre oferowały certyfikaty potwierdzające wzięcie udziały w kursie. Zyga poświęcił się grupie spotkań poświęconych „skutecznemu komunikowaniu marki”. Lutuś wybrał z kolei zajęcia poświęcone tematowi „kim jest internetowy twórca – autoprezentacja”. Po dłuższej przerwie na posiłek i odsapnięcie od napiętego programu nastąpiły konferencje przygotowane przez osoby zajmujące się współpracą z internetowymi twórcami. Choć wydawało się Lutusiowi, że ich wystąpienia wypadną gorzej niż te samych twórców, stało się odwrotnie. Sypali po prostu konkretami. Było wiadome „mówimy o robieniu pieniędzy”. Toteż prelegenci nie owijali w bawełnę, a tłumaczyli jakie wymagania marki narzucą niebawem twórcą. Orełowi zapadła w pamięć prezentacja o roli filozofii w sprzedaży. Autor przekonywał budząc nadzieje do odważnego kształcenia się w dziedzinach humanistycznych. Firmy potrzebują bowiem ludzi potrafiących nadawać sens produkowanym rzeczom. Nikt inny lepiej nie tworzy sensu niż wnikliwy obserwator świata. Poza tym dzisiejsze wystąpienia wypełniały dodatkowe prezentacje świeżych pomysłów, pierwszych prototypów oraz filmów promujących.

„After party”, impreza kończąca konferencję odbyła się w sali zaaranżowanej na klub z długim barem, a za nim barmani dyrygujący liczną orkiestrą kolorowych alkoholi. Było oczywiście miejsce na dziki dancing przygotowany przez specjalnego DJ – a stojącego na małej wyspie, przy konsoli. Wszystko okalał półpierścień stolików z narożnymi kanapami. Dopiero tutaj można było sprawdzić dobitnie kto z kim trzyma i czy na pewno. Głośna zabawa mieszała się z dyskretnymi spojrzeniami i pomrukiwaniami licznych lóż szyderców. Lutuś nie musiał obejmować wzrokiem sali, aby wiedzieć, że jego miejsce znajduje się przy barmańskiej wyspie. Popijał powoli drinki obserwując rewie barw umykających z przestrzeni dancingowej i lokujących się na szklanych butelkach, lustrach i całej wystawie. Miał za zadanie zostawić w imprezujących pamięć o swojej twarzy. Zyga nie wymagał więcej, a sam kontynuował rozmowy z ważnymi ludźmi. Kiedy gaił z kimś rozmowę, Lutuś akurat go zauważył, spostrzegł również osobę tej konwersacji. Zyga zlekceważył sobie pewien układ ze wspólnikiem i nie zdawał sobie sprawy z przyłapania na gorącym uczynku. Samotny strażnik baru poznał bowiem Tomka z eks-pracy. Widok podniósł mu ciśnienie, a obecność obok wroga jego przyjaciela nie obniżała napięcia. Spoglądał na nich jeszcze chwilę. Upewniał się czy alkohol nie rozmazał obrazu tak, że po prostu się pomylił w ocenie. Widział dobrze. Zarejestrował fakt i odwrócił się plecami. Nie chciał, aby Zyga wiedział, że on sam wie z kim gadał. Spoglądał dalej na szkło i odbicia dyskotekowych świateł LED, lecz tym razem zamyślił się co znaczyła tamta obserwacja. Próbował się łudzić dbaniem o układ wstępnie zawiązanym w pociągu.

Nazajutrz nie zdążył nawet zapytać o nurtującą go przez całą noc sprawę. Zyga bowiem sam wypalił z grubego kalibru. Wracali już do Łodzi. Znów wybrali podróż pociągiem. Kiedy jego wspólnik począł nagle powątpiewać w sensowność walki z Agencją, Lutusiowi zaczął ujawniać się jeden z przewidywanych scenariuszy. Dowiedział się „tę sprawę można lepiej rozegrać”. Zyga budował jak na razie grunt pod wylewkę, której zaprawę wczoraj poznał już jego kolega.