Opowiadanie o tym, jak Lutuś wpadł na pomysł mający uratować go z życiowych problemów.

Moi drodzy, proszę was o dozę większej uwagi przy czytaniu opowiadania, ponieważ została w nim zaburzona kolejność następowania wydarzeń. Mam nadzieję, że ten zabieg nie wypadł najgorzej.

Sprawy ułożyły się niekorzystnie. Lutuś wiedział, że przez wolontariat przy Zupie nie wskóra nic w swoim zawodowym życiu, lecz nie zamierzał porzucić go całkowicie. Baśka nie zwlekała z regularnym dopytywaniem swojego chłopaka o jego plany na wyjście z „fatalnej sytuacji finansowej” jak to podkreślała. Toteż Lutuś w przypłynie złości wyjawił jej swoje ostatnie działania. Pomylił się znacznie w ocenie jego kontrargumentu na przytyk, że nic nie robi i leży plackiem w domu. Myślał, że wspomnieniem o Zupie na mieście udowodni swoje starania. Owszem, wprowadził początkową pewną konsternację, bo „robił dużo dobra”, Baśka szybko przeliczyła jednak, że lutusiowa dobroć nie poprawiła zbytnio ich dobrostanu. Im bardziej ich niespełnione plany były niespełnione, tym coraz intensywniej obarczali winą za ten ubytek drugiego. W czasie zmagań z niecierpliwością oraz obawami dziewczyny miał jeden patent na zakończenie małej bitwy. Odkrył go poprzez desperacki akt, kiedy próbował raz zażegnać jeden z pożarów w ich związku. Powiedział sobie wtedy „raz kozie śmierć” i uchwycił ramiona Baśki w mocnym uścisku, zatrzymał jej słowotok poważnym spojrzeń i powiedział „mam jakiś plan, ale daj mi trochę czasu”. Był to trick przyuważony na rozmaitych filmach. Nie wierzył w jego powodzenie, ale tonący brzytwy się chwyta, więc zagrał tę scenę raz i później stała się ona jego tajną bronią w kłótniach wszelakich. Mówiąc o planie przy okazji awantury o „marnowanie czasu przy wolontariacie” jak to ujęła dziewczyna decydował się w duchu na pewną ostateczność, którą układał ostatnim czasem w głowie. Lutuś zdecydował się, że sam sobie da pracę.

***

Po ostatnich bojach Lutuś i jego kumpel Zyga poprosili o konsultację Korpocjusza. Obaj czuli to wewnętrznie, że ich plan jest dobry, nawet bardzo dobry i brakuje w nim jakiegoś małego szczegółu. Korek pomimo zabiegania znajdował zawsze czas dla Orzełkowskiego. Byli przyjaciółmi. Wśród tłumu przemądrzałych snobów biła od Lutusia aura normalności wraz z dozą wrażliwości. Korek stanowił z kolei pomost na wyspę sukcesu, którego tak usilnie poszukiwał niespełniony filozof. Poza tym Szczurosławski nie ignorował, nie lekceważył i nie odbierał mu godności, jakby wierzył w niego, jakby jako jedyny na świecie widział przyszłość swojego kolegi. Konsultacje minęły w dwojakim duchu. Korek pochwalał nowy pomysł Lutusia i powtarzał „w końcu bierzesz, co się tobie należy”. Jak na dobrego rozmówcę przystało wymieniał wpierw dobre strony konceptu i docenił włożony do tej pory trud. Z drugiej strony Szczurosławki poczuł się zobowiązany wytłumaczyć kumplowi jak się obecnie działa i co można, a co nie wypada. Istniał jeszcze zasadniczy problem w nowej koncepcji Orzełkowskiego, który nastręczał mury nie do przeskoczenia.

***

Lutuś otrzymał telefon, gdy siedział przeglądając portale pracy. Dzwonił Zyga. Wyjawił w niemałym podekscytowaniu, że właśnie wyśledził osobę z branży, która publicznie ogłosiła rozejście się ze swoim pracodawcą. Tłumaczył w rwącym potoku słów, że jest to idealna szansa dla nich, aby pozyskać profesjonalistę do zespołu. Obecny współpracownik Orzełkowskiego posiadał umiejętność wnikliwej lustracji życia w Internecie. Kiedy w ostatnim czasie zaangażował się w śledztwo w sprawie rzekomych malwersacji finansowych Lutusia stającym się przyczynkiem do wylania z pracy, znacznie przejął się losem kolegi. Przekonywał wręcz w niezrozumiałej pasji, że Lutuś z palcem w nosie udowodni iż wyrzucone na brzeg informacje na jego temat są urojeniem jakiegoś sieciowego szkodnika. Poszkodowany kumpel mimo nacisku swojej dziewczyny nie słuchał, jakby sam wcześniej poprosił o taki bieg wydarzeń. Swego czasu Baśka w krótkiej wymianie zdań z Zygą ponarzekała na „postępujące zamknięcie” jej chłopaka. Rzuciła nawet pomysłem o udaniu się do psychologa, lecz „nie jest to priorytetowy wydatek” dodała. Jakiś niezrozumiały żal targnął wtedy kumplem słuchającym o niepowodzeniach „Oreła”. Chciał o coś powalczyć dla starego kumpla. Co prawda miał swoje odchyły. Wszędzie widział spisek, maniakalnie zaczytywał się w internetowych rewelacjach, a na dodatek zerwał się już jakiś czas temu kontakt między chłopakami. Mimo to zobaczył w całej tej sytuacji jakąś rolę dla siebie, poczuł się powołany do jakiegoś zadania. Toteż przyjął bez dłuższego zastanowienia zaproszenie do projektu Lutusia. Wiedział o tym, że dla kumpla proszącego o pomoc stanowi zaplecze człowieka z Internetu i był gotów mu pomóc ze względu na starą znajomość. Kiedy dzwonił do Głównego Pomysłodawcy ich wspólnego przedsięwzięcia, poinformował go o pewnym twórcy gier planszowych i karcianych, który publicznie wypowiedział się na temat niezadowalającej współpracy z wydawcą jego pomysłów. To zgoła nic nie znaczące wydarzenie, ot kolejny czubek szuka krzyku i poparcia w Internetowej społeczności, wydało się Zydze jakby prezentem losu. Nie dość, że ten facet na zdjęciach wyglądający jak owłosiony pączek ma w zanadrzu pakiet zdolności komponujących się z konceptem Lutusia, to jeszcze zajmuję się planszówkami! Topowy trend dla ludzi żyjących stylem określanym „off-line life”. W tych okolicznościach drzemał taki potencjał, że wystarczyło go wykurzyć, a narobi zamieszania tyle co niedźwiedź w lesie.

***

Przed szczęśliwym trafem, kiedy pewien artysta-twórca wypuścił swoje nerwy w Net jakby uwolnił wściekłe psy szukające pożywienia, Lutuś otrzymał ważną lekcję od Zygi. Otóż od kilku dni trwał w transie prac związanych z jego kreatywnym projektem. Zapraszając do zespołu kumpla liczył, że ten zajmie się działaniami w Sieci. Tak też się stało, Zyga jednak zastrzegł, że kumpel-szef musi również zobowiązać się do biegłego posługiwania się Internetem. „Musisz wiedzieć co w trawie piszczy” mawiał, a innym razem dokładał „trzeba być do przodu”. Lutuś nie był przecież sieciowym analfabetą. Potrafił klikać, posiadał Social Media i od czasu do czasu czytał jakiś artykuł na portalu. Lubił nawet zaglądać na internetową odsłonę magazynu „Filozofuj”. Niemniej nie posiadał w sobie jakiegoś zamiłowania do wirtualnych dyskusji, a prywatne życie traktował jakby prawdziwie było prywatne. Toteż stronił od przydługiego przesiadywania na Facebooku i całej reszcie pochłaniaczy czasu. Po wywaleniu z pracy przeżywał jakąś traumę i z pewną dozą obawy włączał przeglądarkę czy łączy się z Wi-Fi. Niemniej według umowy zawartej z Zygą wdrażał się w arkany Sztuk Internetowych. Sporo przesiadywał na rozmaitych forach. Sprawdzał blogerów, których podsyłał mu kumpel. Popatrywał na różne treści i mówił sobie, że „o, ten gość ma nawet ciekawsze rzeczy od nas”. Zadziwiał się ilekroć trafiał na rozważania na temat życia. Zdawał sobie sprawę z tego, że artykuły o tym „jak żyć” cieszą się niemałą popularnością, lecz nie wiedział o niewielkim pojęciu tematu przez licznych, młodocianych autorów. Już nastolatkowie prowadzili cykle o tym jak osiągnąć sukces, co budziło niejednoznaczne emocje. Z jednej strony tkwiły w tym inspiracje, a z drugiej brakowało im potwierdzenia doświadczeniem. Lutuś póki nie przekroczył Rubikonu, nie posiadał w sobie świadomości jak wiele treści w Necie jest. Otwierając autorski projekt zaczął liczyć się nawet ze zdaniem małpy, byleby objaśniła drogę do sukcesu. Toteż czytał wszystko jak popadło. Znalazł w jednym z tekstów informację o platformach wspierających pomysłowych i otwartych na rozwój ludzi takich jak on. Poczynił więc żwawo rejestrację tu i tam sprzedając za bezcen personalne dane. Dowiedział się, że większość platform działa identycznie. Zajmują się pośrednictwem. Pośredniczą we wszystkim. Klient, a producent. Producent, a podwykonawca. Firma, a wpływowy bloger. Usługi freelancerów, a potencjalni nabywcy. Dał znać o tym Zydze, a kumpel przestrzegł go, aby nie pozwolił się oszukać naciągaczom. „Oni robią te platformy dla desperatów i dla nieznających się na branży, a my nie chcemy być Januszami-biznesu” wytłumaczył Lutusiowi. Na dodatkowe pytania, czy wszyscy tacy są, a jeśli nie to jak ich odróżniać, począł się gęsto tłumaczyć, że zwątpić można było w samego Zygę. Przyjęli założenie „patrzymy na konkrety” i „nie wchodzimy w głupie układy”. Orzełkowski nie zaczął jeszcze dobrze realizować projektu, a zjawiły się wątpliwości niczym hieny czekające jak jego kreatywny pomysł wyda agonalny dech.

***

Przed burzą wywołaną lamentem nieusatysfakcjonowanego, okrągłego twórcy gier i przed szukaniem wątpliwych możliwości w Necie chłopaki potrzebowali nadać projektowi jakąś strukturę. W tej kwestii wykazał się Zyga. Za pośrednictwem owych platform, później zanegowanych przez siebie, zaprzągł do projektu młodego chłopaka. Współpraca wyszła lepiej niż się spodziewał. Młody stworzył wizytówkową witrynę w Sieci prezentującą pomysł Orzełkowskiego. Zrobił to w zamian za wpis do swojego portfolio. Bogiem a prawdą przekonał go do takiego układu Zyga. W ten sposób zmaterializowali projekt we wirtualnej przestrzeni. Przy okazji technicznej nauki obsługi nowego tworu w Internecie poświęcili sporo uwagi czemuś co Zyga nazwał „kreacja wizerunku”. Gadali więc o tym jak będą postępować, jakie zachowania przewidują i jakimi ideami się kierują. Idee były najważniejsze i kumpel Lutusia zastrzegł, że tę kwestię należy nieustannie rozwijać, aby uzyskać coś naprawdę dobrego. Poprosił o opracowanie jakiejś syntezy filozofii w kilku zdaniach, bo przydaje się do wymyślania idei. Poza tym wystosował takie zadanie, aby przygotowali wspólnie zbiór ciekawych cytatów, ponieważ „są one kopalnią dobrego kontentu” wyjaśnił Zyga. Do tych zadań rozdzielił jeszcze poszukiwania talentów, współpracowników i wpływowych blogerów. Ostatnie wziął na siebie, a Lutusiowi polecił napisanie ogłoszeń na staże do redakcji. Według koordynatora przyszłych zadań bezpłatne staże cieszyły się coraz większą niechęcią, ponieważ „pięknoduchy się unoszą” objaśnił, lecz zapewnił kolegę, że z pewnością kogoś znajdzie.

***

Korpocjusz skrytykował jednoznacznie pomysł szukania talentów. Przedstawił argument, że żaden talent nie robi za wolontariusza czy stażystę. Ściąganie profesjonalistów do nieznanej marki jest również według niego nierealne. Prawdziwy wpływ z blogosfery kosztuje niemałe pieniądze. Wygłosił kazanie o ciężkiej pracy i budowaniu marki, a Lutuś aż zadrżał na myśl, że jego dobry kumpel podobnie prawi jak ten cały trener ze spotkania, z ostatnich tygodni. Napięcie podniosło się jeszcze bardziej, kiedy Zyga postanowił posprzeczać się z Korkiem. Nie wiedzieć czemu, choć grali w jednym zespole, zawiązała się między nimi nić rywalizacji. Lutuś nie rozpoczął dobrze bogacenia się, a już zaczął żałować swojego pomysłu. Pierwszy raz pomyślał o własnej firmie wracając ze Szczecina. Wydarzenie związane z Anną jeżdżącą na wózku popchnęło jego rozważania w pozytywne możliwości Internetu. Był to szczęśliwy zbieg okoliczności zważywszy, że tamtą szaleńczą wycieczkę poprzedziło widowiskowe wyrzucenie z pracy. „Wytwórnia Pomysłów” tak nazwał swój koncept. Wymyślił zorganizować takie wydawnictwo dla wszelakich tworów, aby masa niespełnionych artystów mogła w końcu wykorzystać swoje talenty. Dzięki niej on sam otrzymałby upragnioną szansę. Nie wiedział jeszcze na co, ale uparcie szukał drogi do sukcesu. Jego wytwórnia miałaby stać się środowiskiem kreatywnych osób wspierających się w rozmaitych projektach. Generalnie wypierał się tego pomysłu traktując go za urojenie, lecz potrzebował planu, aby Baśka nie urwała mu głowy i aby on sam sobie jej nie urwał w poczuciu bezradności i kompletnej niemocy życia. Zyga zgodził się pomóc mu w tym jakby czekał na jego propozycję. Wziął to za dobry znak. Korek nie odcinał go od jego zamiarów, więc to stawało się kolejnym powodem „za”. Nie rozmawiał jeszcze z Baśką i trzymał ją na dystans, chciał wpierw coś ugrać i posiadać jakąś dobrą kartę na rozdanie z dziewczyną. Popatrywał teraz na psinę leżącą w kącie mieszkania. Unosiła wzrok znad pyska przytulonego do ziemi i obserwowała trzech młodych panów spierających się o jakieś sprawy. Nie wyglądała na pocieszoną, jakby obserwowani goście oznajmiali lekarskim tonem jej panu, że jest poważnie chory.