Lutuś próbuje zdrowego trybu życia. 

Przemierzali ciasne uliczki supermarketu robiąc cotygodniowe zakupy. Za namową Lutusia, wybrali się w czwartkowe popołudnie. Baśka nie rozumiała dlaczego jej luby nie lubi sklepowego tłoku do tego stopnia, że traci czas i energię, aby znaleźć obejście tej niekomfortowej powinności. Zgodziła się na lutusiowy system, ponieważ nie miała sił przekonywać go do swoich racji. Mieli poza tym inne problemy na głowie jak brak pracy jednego partnera. Swoją drogą Baśka łagodniała w ostatnich dniach, jakby przeżyła jakiś przełom. Lutuś obawiał się z kolei tej odmiany. „Cisza przed burzą” mówił sobie. Nie przepadał za przepełnionymi miejscami oraz natłokiem ludzi. Toteż sklepowe natężenie chamstwa i nieżyczliwości grały mu na nerwach. Powiedział Baśce, że chodzi o oszczędność czasu i spokojną głowę na weekendzie, a tak po prawdzie nie znosił przeciskania się między wózkami poustawianymi w cały świat. Posiadał w sobie manię na punkcie harmonii i wszelkie wyrazy chaosu uśmiercały trochę jego egzystencję. Nad ogólnym rozgardiaszem w super-markecie nie mógł zapanować inaczej jak wykreować w swojej głowie jakąś kpinę. Wymyślił specjalny ranking sklepowych „wkurzaczy”. Tak, Lutuś katalogował osoby przemykające między półkami z najrozmaitszym asortymentem. Najbardziej irytowali go „towarzysze” i „myśliciele”. Jedni zatrzymywali się na środku alejki, aby pogawędzić z sąsiadem czy znajomkiem. Ich towarzyskość nadała im określenie rodem z peerelu. Myśliciele natomiast podobnie jak towarzysze stawali gdzieś w ciasnym korytarzu i głęboko rozważali ułożenie towaru na półce, a przez to w filozoficznym uniesieniu blokowali przejście. Nieco mniej uderzali w Lutusia „krytycy”. Zazwyczaj spędzali czas przy koszach z przeróżnym asortymentem odzieżowo-sprzętowym. Wybrzydzali na brak czegoś interesującego lub na innych ludzi, którzy sprzątnęli im to coś interesującego sprzed nosa. Typowym dla nich sposobem wyrażania swoich krytycznych uwag było robienie ogólnego bałaganu jako formy buntu na deficyt luksusowych rzeczy po okazyjnej cenie. Wyciągali z pudełek czy toreb ubrania i sprzęt. Oglądali chwilę i odrzucali lekceważąco na stertę już wymiętolonych i wypalcowanych przedmiotów. Lutuś darzył szacunkiem „studenciaków”, czyli osoby robiące skromne zakupy składające się zazwyczaj z jedzenia w puszkach. W tych okolicznościach marketowej przyrody nastał w ostatnich latach moment ewolucyjny i po sklepowych uliczkach zaczęli spacerować „nadludzie” lub inaczej mówiąc „ekoludki”. Sprawdzali z akademicką rzetelnością skład produktu pisany coraz częściej po łacinie. Producenci uznali prawdopodobnie, że człowiek nie wpadnie na to, że można zapisać „trucizna” w tym języku. Eko-ludzie nie dawali jednak za wygraną, a posiadając mobilny Internet zawsze mogli sprawdzić co w produkcie kipi. Poza naukowym opracowaniem sklepowej półki odgrywali rolę chodzącego sumienia spoglądającego na innych ze swoim wyrzutem, jakby ludzie świadomie zabijali siebie sztucznym jedzeniem. Robiąc zakupy z Baśką we wspomniany czwartek, nie zdawał sobie sprawy, że dołącza do tego ostatniego grona.

***

Dowiedział się, że oboje zaprowadzają w życiu zdrową dietę. Kiedy Lutuś poznał ceny ekologicznego jedzenia przyznał, że faktycznie trzeba mieć zdrowie na takie menu. Nie pomagało nic. Baśka wrzucała nieugięcie kolejne produkty. Chodził za nią i szukał sensownego argumentu, który tłumaczyłby, że nie mają pieniędzy, lecz który również ominąłby jego bezrobocie. Dziewczyna z kolei umykała mu spiesznie kompletując zapasy żywności i domowej chemii. Lutuś nie chciał wyjść na dzikusa robiącego awantury w publicznym miejscu, bo takie pary zawsze przyprawiają innych o uśmieszek. Tymczasem skapitulował całkowicie, gdy Baśka przypomniała o jego wydatkach i niebraniu jej zdania pod uwagę. Siatki z zakupami, choć szczuplejsze niż zazwyczaj, nigdy nie były tak ciężkie jak tego dnia.

Podczas kolacji dowiedział się również tego, iż odmienione menu jest dopiero początkiem ich nowej drogi. Baśka zagaiła rozmowę na temat ćwiczeń. Tym razem jej ton spokorniał znacznie, lecz można było wyczuć w głosie nutkę pewnego nakazu, a raczej pewności co do świetnego pomysłu podsuwanego chłopakowi. Lutuś nie był natomiast fanem aktywności ruchowej. Ze sportów lubił szachy i udało mu się nawet przekonać do pozwolenia na taką aktywność szkolnego wuefistę. Miał do wyboru jeszcze brydż, ale do kart nie posiadał w sobie zamiłowania. Toteż chłopak wystraszył się nieco co też „ćwiczenia” mogły oznaczać. Z uwagi na swoją mizerną posturę obawiał się najbardziej wilczego biletu na siłownię, na której będzie zmuszony asymilować się z mięśniakami z gatunku samców alfa. Baśka znała jednak na tyle swojego partnera, aby nie proponować mu zajęcia wśród znacznego grona nieznajomych. Zdecydowała również przeznaczyć swojej osobie karnet na siłownie. Yoga oraz jogging wydały się jej atrakcyjne z punktu widzenia ekonomicznego dla Lutusia. Wbrew przewidywaniom okazało się niełatwym zadaniem przekonać do tego pomysłu chłopaka. Być może utrudniała w tym sałatka przygotowana na kolację, posiadała bowiem tyle rodzajów zieleniny, iż nawet Baśka gubiła się w tym gęstym lesie smaków. Mimo wszystko powtarzała z uporem maniaka „to dla twojego dobra”. Lutuś miał uzyskać lepsze wyniki w swojej „umysłowej”, jak to raczyła podkreślać, pracy. Dowiedział się o nieporównywalnych wynikach działania mózgu stymulowanego przez wysiłek fizyczny. Nowinka budziła jego ciekawość i pewną kpinę. Wyobrażał sobie Einsteina biorącego udział w konkursie siłaczy. Zgodził się ze względu na ostatnią przemianę dziewczyny na gimnastykę w formie rozgrzewki przed porannym bieganiem po osiedlu. Zaznaczył „nigdzie daleko nie pobiegnę”. Tłumaczył dalej „to tylko na próbę” i nie obiecywał za wiele. Baśka rozpromieniła się, a on zastanawiał się co ją bardziej cieszy, jego dobro czy jej triumf. Wziął za dobrą kartę to pierwsze, nie chciał bowiem kontynuować wojennych działań z ostatnich miesięcy.

***

Jak zadeklarował, tak też uczynił. Wstał rano. Porozciągał się, porobił skłony, kilka pompek i brzuszków. Zmęczył się trochę, lecz nie dał za wygraną swojemu wymigiwaniu i wybrał się na przebieżkę. Umówił się z Baśką na rejestrowanie jego sportowych wyczynów na smartfonie. Dziewczyna będzie miała dowód, a chłopak motywację do pokonywania coraz większych dystansów. Pierwszy raz joggingu nie był taki zły. Nie spodziewał się tylu osób spacerujących z psami, przy których on z kolei zwalniał tempa. Czuł się jednak durnie, kiedy on zalany potem mijał odświeżonych ludzi zmierzających do pracy, sklepu czy gdzie tam szli. Zaplanował poza tym cały swój dzień. Powiedział „nigdzie daleko” i prawdziwie nie zawędrował poza obszar określany „blisko do mieszkania”. Kiedy już wrócił, czekały na niego dwa zadania. Po pierwsze potrzebował w spokoju przemyśleć rozmowę Zygi z Tomkiem. Podejrzenie tej sceny zaniepokoiło go szczerze, bo za dawnym znajomym z pracy prawdziwie nie przepadał. Przeczuwał także trzy grosze Tomka, które z pewnością tamten dodał do wyrzucenia jego z pracy. Zmiana podejścia współpracownika nie wróżyła dla Lutusia niczego dobrego. Uważał za niezwykle podejrzane nagłą zmianę frontu. Takie manewry kruszą podstawy zaufania między kompanami i rzucają cień na uczciwość kumpla. Lutuś bał się po prostu dostać rykoszetem w gębę piłką rozgrywaną przez człowieka lubującego się w rozwiązywaniu spisków i intryg. Taka sympatia potrafi zawrócić w głowie do tego stopnia, że miłośnik nie widzi więcej niż swoją miłostkę. Mimo wszystko prace szły do przodu i pierwszy kryzys w postaci „to był zły pomysł” minął. Lutuś miał więc za zadanie przygotować jakiś projekt i to był jego drugi cel. Tego dnia sięgnął zatem po swój zeszyt z pomysłami. Notował w nim wszystko. Trzymał go blisko, ponieważ nigdy nie wiedział, kiedy wpadnie na coś genialnego.

Podczas obiadu pochwalił się Baśce zapisem przebiegniętego dystansu. Co prawda dwa kilometry nie zrobiły wrażenia na dziewczynie, której znajomi z pracy biegali codziennie pięć razy większe trasy. Lutuś mówił wiele o gimnastyce. Chciał jednak wyjawić problem z bieganiem, ponieważ nie zamierzał poświęcać się temu zajęciu. Nie spodziewał się gwałtownej i krzykliwej reakcji ze strony Baśki. Na nic zdały się tłumaczenia mówiące o dyskomforcie chłopaka. Kiedy mówił o poczucia małpowania na oczach innych, otrzymał w kontrze gorzki śmiech zakończony stwierdzeniami o jego nienormalności. Toteż wyprowadzili siebie razem na bezdroża kłótni i małych zbrodni jeszcze niemałżeńskich. Toczyli kolejną potyczkę o strategię na życie. Nikt nie zliczy tego ile razy jeden człowiek zabił drugiego podłym słowem. Lutuś i Baśka nie liczyli już strat. Otaczało ich gruzowisko mentalnej ruiny, a przy okazji obiadowej awantury, doszło do nuklearnej katastrofy. Dziewczyna nie wytrzymała w końcu i w rozpaczliwym szlochu zdradziła „robię to wszystko dla naszego dziecka”. Chłopak zanim zapytał o to, o co powinien zapytać przeżył pewien wstrząs, jak to bywa przy takich chwilach. Dowiedział się jednak, że Baśka nie nosi pod sercem nowego życia, a stara się przygotować siebie i jego do wydajnej prokreacji. Lutuś usłyszał „jesteś strasznie nieodpowiedzialnym dzieckiem”, ponieważ w ogóle nie martwiły go w tym momencie życia sprawy związane z nowym członkiem jeszcze nie-rodziny. Zrodziło się tylko jeszcze więcej żalu, stanął bowiem przed próbą ukukiełowania go przez dziewczynę. Podczas tej bitwy nikt nie wygrał.

Lutuś udał się w swój domowy kąt. Czekała tam na niego psina. Tym razem usiadł opierając się o ramię fotela. Zwrócił się w stronę okna. Uchylił je aby wypuścić opary bojowego gazu. Przygotował sobie w ciągu dnia dzbanek z przegotowaną wodą. Wypił teraz jej kubek. Na chwilę odszedł od siedziska. Poczynił krótką gimnastykę dla wyrzucenia z siebie resztek gniewu i wrócił na swoje miejsce. Wieczorny chłód koił jego rozpaloną do granic duszę. Spoglądał w otępieniu na widok za oknem byleby oderwać swoje skołowane myśli od aktualnych problemów. Po raz kolejny uciekał. Lutuś nie ganiał siebie za ucieczki, choć wielu uznaje je za słabość. W tych pospiesznym wędrowaniu dostrzegał cień powrotu do jakiegoś domu, do normalności, w którym zostają wyciszone wszelkie zbędne podszepty i wrzaski na temat tego jak żyć należy, a jak nie. Nieznośna wolność domagała się od niego samostanowienia, lecz opór stawiała rzeczywistość próbując wprzęgnąć go w swoją maszynerię życia. Kiedy usłyszał o nieodpowiedzialności, uszedł w pamięć aby sięgnąć po jedno wspomnienie.