Opowiadanie o tym jak Lutuś i jego kumpel Zyga organizowali sobie promocyjny kanał.

Chłopaki byli zmuszeni wziąć pod uwagę słowa Korpocjusza odnośnie promocji. Kiedy ich kumpel dowiedział się, że nie mają wyznaczonego budżetu na promocję, spojrzał się niedowierzając w tę informację. „Czas to pieniądz” rozpoczął swój wywód i wytłumaczył laikom, że skoro nie posiadają kapitału, dobrze uczynią organizując sobie sporo czasu na budowanie zaplecza dla ich projektu. Owe tajemnicze słowo „zaplecze” znaczyło „wszystko co jest potrzebne do utrzymania na powierzchni tej łódki, panowie”. Korek streścił w następnych słowach wagę dobrej reklamy i przekonywał, że marketing jest najważniejszy. Nieodpłatnie sprezentował chłopakom pewien pomysł i wzdrygał się nieco przy jego objaśnianiu, jakby zastanawiał się czy właściwie postępuje. Polecił Lutusiowi i Zydze utworzenie własnego kanału promocji. Po krótce wprowadził ich na tę drogę i umówił się na inny termin, ponieważ tym razem zabrakło im dnia, aby omówić dokładnie temat. W międzyczasie zespół wspierany przez Korka miał za zadanie rozważyć pomysły na potencjalny kanał oraz przygotować przegląd potrzebnego sprzętu.

Lutuś miał niemałe szczęście, że udało mu się wprowadzić wcześniej Zygę do tego projektu. Wobec stworzenia promocyjnego kanału poczuł się jak dziecko, które po raz pierwszy ma obliczyć deltę trójkąta. Bogiem a prawdą pracował przecież w Agencji Reklamy, lecz nieprzypadkowo grzał miejsce biurowej pomocy. Jego nieobeznanie w sieciowej modzie, na to co się klika a co nie, wytwarzało wokół niego aurę zoologicznego eksponatu. Gdyby nie znajomości uruchomione kilka lat temu oraz to, że był życzliwym gościem, dawno nie pracowałby w Agencji. Zyga wiedział na szczęście co mniej więcej należy zorganizować. Jakoś tak próbował te kwestie połączyć, że począł mówić Lutusiowi „stary, i tak musieliśmy stworzyć witrynę dla prezentacji różnych prac”. Jego pomysł był prosty w rzeczy samej. Stwierdził bowiem, że to idealny moment, aby wprowadzić lutusiowe pomyślunki w życie. Po wstępnych ustaleniach zmienił nieco zdanie. Jego kumpel nie był przekonany do tego, czy upora się z regularnym tworzeniem na potrzeby reklamy. Korpocjusz wspominał o przemyślanym programie i świadomym budowaniu marki. Uznali zatem aspekt wypracowania czegoś długoterminowego. Poza tym przywołali również radę kolegi mówiącego „idźcie w wideo”. Lutuś i Zyga zdecydowali się sprawdzić i przejrzeć informacje związane z programem wideo oraz sieciowym słuchowiskiem. Rozdzielili zadania tak, że jeden miał porozmawiać z zaufanym człowiekiem o ich pomyśle, a drugi dowiedzieć się co należy mieć, ile to kosztuje i co uda załatwić się po niewielkich kosztach. Lutuś przyjmował rady w nietypowy sposób. Nie szukał specjalisty w temacie. Zazwyczaj zgłaszał się do przyjaciela lub dobrze znanej osoby. We wzajemny szacunku można bowiem wykombinować więcej, aniżeli w gronie nadętych znawców.

***

Na spotkanie z Tytusem umówił się w parku przy ławeczce do szachów, jakby potraktował wcześniejsze spotkanie z Dziadkiem jako znak, a ową ławeczkę jako talizman. Nie zamierzali grać, lecz kumpel wiedzący o finansowej sytuacji Lutusia, nie stwarzał zbędnego napięcia ze względu na dyskomfort miejsca. W zasadzie oszczędzali wszyscy. Jedni konsekwentniej, drugim zdarzała się rozrzutność. Nadal w społeczeństwie pokutował problem posiadania. Z jednej strony istniała silna potrzeba manifestowania majętności przez to, że brano liczne kredyty na małe wakacje, na robota kuchennego czy na domowe kino. Ludzie lubią pokazać, że mają. „Mieć” stanowiło trochę „być” dla wielu. Owi ludzie nie mogli jednocześnie pogodzić się z posiadaną własnością czy finansowymi możliwościami. Toteż lubili również sugerować, że nie mają lub, że czegoś im brakuje. Żyjąc w Polsce dobrze było czasem przywołać romantycznego ducha i wspólnie z nim wyrecytować poemat o wszechogarniającym ucisku. Na taką okoliczność lirycznego uniesienia należało nieustannie nakreślać niespełniony los klasy posiadającej za mało. Lutuś w imię oszczędności, poważnego nakazu Baśki oraz presji ze strony oszczędzaczy decydował się na niskobudżetowe spotkania ze znajomymi. Rzadko kogoś widywał przez to, lecz nie był to dla niego istotny problem w zaistniałych okolicznościach. Tytus nie trzymał w sobie problemu z kolegą zaciskającym pasa. Lubił co prawda gdzieś wyskoczyć. Należał bowiem do osób jawnie pozwalających sobie na małe uciechy. Często powtarzał, że paniczne chomikowanie kasy wprowadza w paranoje. Tak czy owak był kumplem Lutusia. Zdążył się dowiedzieć, że Baśka potrafi przycisnąć go. Stawał po jego stronie w konflikcie z nieprzyjemnym losem. Uważał go za wyjątkowego gościa, jakby intuicja podpowiadała mu pomimo niepowodzeń kolegi, że Orzełkowskiemu przeznaczone jest życie wysokiego lotu.

Podczas spotkania Lutuś wyjawił Tytusowi swoje marketingowe zamiary. Jego współpracownik miał realizować wideo-program dotyczący rozmaitych „ciekawostek” powiedział. W duchu modlił się, aby Zyga nie odleciał ze swoją manią do zaiste ciekawych teorii dziejów. Lutuś w swoim kompletnym nieobejściu z wirtualnym światkiem będzie tworzył słuchowisko poświęcone szeroko rozumianej filozofii oraz przeglądzie fabularnych gier czy specjalnych konwentów i zlotów miłośników fantastyki. Kiedy przyszła kolej na komentarz Tytusa, rozmówca wpadł w pewne zmieszanie i nie mógł składnie wypowiedzieć pierwszych zdań. Przetarł twarz w dłoniach, jakby miał zmęczony oczy i wrócił do względnego porządku przemyśleń. Powiedział, że „z chęcią” wysłucha przede wszystkim słuchowisk Lutusia, a poza tym postara się znajdować czas na wideo od Zygmunta. Tłumaczył, że nie posiada za wiele czasu. Wyliczał „wiesz, praca, obowiązki domowe, Aśka”. Nie kłamał. Jeśli chodzi o filozoficzne pogawędki jego kumpla był szczerze ciekawy ich. Stanowiły one odskocznię od rzeczywistości pozbawionej ludzkiego namysłu. Zygę znał piąte przez dziesiąte i od wspólnego znajomego dowiedział się, że telewizyjny prezenter miał problemy z głową. Zamieszczał w Sieci zatrważające komentarze o rzekomym rządzie globalnym i nadchodzącej masowej eksterminacji ludzkości. „Postaram się śledzić ten program” zatem znaczyło tyle co „boję się tego kolesia”. Kiedy Tytus wypowiedział większą część komentarza, przeszedł do tego, co naprawdę chciał powiedzieć. Zasugerował problem związany z niewielką popularnością filozofii wśród potencjalnych słuchaczy. Zwrócił uwagę, że jego znajomi chwalą sobie wystąpienia komediowe czy kontrowersyjną publicystykę. Dodał zaraz „to drugie niekoniecznie posłuży do budowania marki”. Lutuś na ostatnie uwagi spochmurniał. Nie znał się na innych dziedzinach lepiej niż na owym mędrkowaniu. Cenił sobie dobre gry oraz z zamiłowaniem rozpracowywał ich mechanikę. Lubił pożartować, ale wśród zaufanych osób. Starał się również mieć niepubliczne poglądy. Mimo zaistniałego problemu, nie sygnalizował go Tytusowi, bo i po co. To już miało stać się zmartwieniem początkującego twórcy.

***

Rozmowa z Tytusem otworzyła furtkę do nowych komplikacji. Wierny przyjaciel miał rację ze swoimi uwagami. Potencjalni słuchacze filozoficznej audycji stanowili garstkę osób w stosunku do innych audycji skierowanych na popularne tematy jak na przykład „Sztuka zysku”. Z drugiej strony w grupie społecznej korzystającej z sieciowych mediów istniało zdecydowane zniechęcenie do „nauczycieli życia” jak to sarkastycznie nazywano osoby poruszające egzystencjalne problemy. „Nauczyciele” było wręcz lustrzanym odbiciem wielu postaw widocznych w Internecie. Każdy z nich prowadził własną szkołę, a na swoich uczniów przelewał całe przeżyte doświadczenie. Adepci łaknący sukcesów podpatrywali owych mistrzów. Internet stworzył niebywałą możliwość kreacji niczym w Simsach, dzięki której nadpisywano rzeczywistość jakby wprowadzając kody. Poza tym coraz większym poszanowaniem cieszyło się „wylogowanie z wirtualności”. Tak określano nie tylko ograniczanie życia w Sieci do minimum, lecz również doczepiano do tego wszelkie pomysły codzienności na powolność, brak pośpiechu i uważność. Lutuś przyjął zatem kolejny cios, który zmuszał go do jakiejś odpowiedzi. Z poobijaną przez los gębą wybrał się w kilka dni po spotkaniu z Tytusem do Korpocjusza. Korek podzielił krytyczne uwagi o mało zajmującym pomyśle, lecz skontrował ten aspekt potrzebą autentycznej pasji. „Nie produkuj ściemy, bo to nie uczciwe” pouczył kumpla. Objaśniając sprawę powiedział o kwestii robienia czegoś z prawdziwym zapałem jak przy hobby. Dlatego nie uważał poszukiwań ciekawszych tematyk za najlepszą ideę. Spotkali się przy piwie. Korpocjusz prezentował koledze rozmaite smaki rzemieślniczych browarów. Zaserwował je w kolekcjonerskich kuflach. Siedzieli w umownym salonie. Na ekranie telewizora przeglądali najpopularniejsze programy-wideo i audycje w Necie oraz te o podobnej tematyce do pomysłów Zygi oraz Lutusia. Znał nieco tego drugiego i mógł tylko się domyślać z jakimi problemami się zmaga. Przestrzegł w dalszych słowach przed prawdziwym trudem mówiąc o braku funduszy jako dramatycznej przeszkodzie. Korek naigrywał się nawet z tych wszystkich, którzy podobnie twierdzili jak trener ze spotkania, na które wysłał Lutusia, że sukces buduje się od samiuśkiego zera. „Owszem, zdarza się” mówił i dodawał, że wystarczająco rzadko, aby przypominać potencjalnym przedsiębiorcom, inwestorom i innowatorom o konieczności posiadania porządnego kapitału. Coraz bardziej męczył go nie wiedzieć czemu ten temat. Przełączył w końcu dokonania internetowych twórców na muzyczną listę przygotowaną do spokojnego sączenia piwa. Mimo znajomości pewnych prawideł biznesu Korpocjusz nie zamierzał pogrążać kolegi w pracy nad zgoła godnym zaangażowania projektem. Jedyne co był w stanie ofiarować, to lekcję o cierpliwości. Uważał ją za deficytowy towar. Wielu nie rozumiało tak naprawdę tej lekcji, ponieważ uginali się psychicznie w momencie, kiedy dowiadywali się, że to nie oni wyznaczają datę potencjalnego przeskoczenia muru ignorowania, wbicia się do branży, zrzucenia płaszcza niewidzialności. Pozostawił jedną kwestię do powiedzenia na koniec, już przy wychodzeniu. Powiedział wtedy kumplowi, żeby przygotował się na niemal syzyfowy trud. Był śmiertelnie poważny, a swoim spojrzeniem chciał dopowiedzieć to wszystko na co zabrakło słów.

***

Baśka stała przed Lutusiem panicznie wrzeszcząc jakby jej chłopak postanowił przygotować co najmniej zamach stanu. „Jeśli to zrobisz, to będzie znaczyło, że w ogóle nie zależy ci na mnie” powtarzała swoje ultimatum. Lutuś siedział w swoim fotelu. Spędzał tutaj coraz więcej czasu. Mieszkanie mogło nie istnieć za wyjątkiem skromnego kąta z fotelem i wiszącą z sufitu lampką. Na posiedzenia zabierał lektury. Filozofia, historia czy jakiś magazyn kulturalny. Wyciągał kilka rzeczy i kładł je na stoliku obok. Zanim zaczął czytanie, zbierał myśli, więc organizując sobie różne książki, liczył się ze zmianą czytelniczego apetytu. Mało czytał jednak w ostatnich miesiącach. Zazwyczaj siadał i to co ostatnie robił, a rolę swobodnej egzystencji przejmowały jego skołowane myśli. Wątpliwości Tytusa, przestrogi Korka i kalkulacje Zygi. Zadanie Lutusia było zestroić te melodie w jedną kompozycję. Poza tym Zyga wpadł jeszcze na pewien nienormalny plan. Bogiem a prawdą Lutuś sterował tym okrętem i płynął nim tak naprawdę samotnie. Trójka jego kumpli chciała mu pomóc, lecz żaden z nich nie dzielił tej samej tułaczki co czwarty muszkieter. Toteż Orzełkowski żeglował w istocie bez towarzystwa, lecz pozostawała mu jednak wolność. Ową wolność postanowiła natomiast ukrócić Baśka. Tym razem poszło konkretnie o pieniądze. Zyga wywiązał się bowiem ze swojego zadania poczynienia przeglądu potrzebnego sprzętu. Dowiedział się także jakich osób będą potrzebowali do tworzenia kanału promocji. Z tych wiadomości wynikało między innymi to, że chłopaki nie unikną kosztów. Kumpel wyświadczył i tak ogromną przysługę Lutusiowi znajdując ludzi gotowych pomóc za przysłowiowe piwo w lwiej części projektu. Pozostawała jednak ważna sprawa związana z zakupem mikrofonu. Jeśli miało zostać utworzone słuchowisko, to należało przygotować wysokiej jakości nagrania. Standardy wykrystalizowane w Necie nie pozwalały nawet na złudzenia co do jakości tworzonych treści. Marna jakoś przestawała być aspektem do wybaczenia, zwłaszcza iż robienie rzeczy w Sieci stawało się coraz powszechniejsze. Toteż awantura rozgorzała niemała, a Baśka zarzekała się, że nie wybaczy Lutusiowi pobrania funduszy z oszczędności. Oboje posiadali osobne konta w banku, lecz brali pod uwagę możliwości drugiej strony w planach na przyszłość. Najwidoczniej dziewczyna kalkulowała śmiertelnie serio każdą złotówkę przemienioną w wirtualną cyferkę swojego partnera. W nogach siedzącego na kanapie Oreła kryła się czarna psina jakby krzycząca pani puszczała na nią śmiertelne gromy. Można powiedzieć, że dołączyła do popleczników bezrobotnego. Ciągle siedziała przy nim niezadowolona jakby próbowała przejąć za swojego pana zmartwienia. Im dłużej Baśka stała nad siedzącym Lutusiem, im dłużej argumentowała swoje racje, tym sprawa wydawała się dla niego prostsza.