Tym razem Lutuś mierzy się z psotną post-prawdą. Nie wie do końca, o co w niej chodzi, ale doświadczył dokumentnie jej działania.

Do fikuśnie urządzonego pomieszczenia oddziału HR wkroczył dziarskim krokiem podrzędny Szef, Robert. Przysiadł się do biurka o cienkim blacie na długich nogach. Krzesło dla gości przypominało jajowatą kapsułę obcych, podobną do tej z poczekalni która zgromadziła kandydatów na potencjalnego Faceta w Czerni. Robert sprzedał kilka czarujących oraz grzecznościowych tekstów na zrobienie dobrego podkładu do właściwej rozmowy.

– Mam niesamowite wieści. Nasza Agencja wkracza na nowy poziom relacji z zespołem. Otrzymacie nowe narzędzia do zarządzania kadrami. Mówiąc po krótce, eksplorujemy intensywniej Social media pracowników i wyprowadzamy z tego raporty do ankiet personalnych. Przynoszę tutaj materiały do przejrzenia. Spodziewajcie się wstępnej prezentacji oraz pełnego szkolenia w najbliższym czasie.

– Domyślam się, że wstępniak będzie jeszcze dzisiaj – odpowiedziała Krysia z HR. Była bossem w tego oddziału.

– O, proszę! Jesteś bystra i dlatego tutaj pracujesz, skarbie. Tymczasem zostawiam materiały i idę dalej. Jadę do Wawki na konfę. Mam wystąpienie nawet, więc życzcie mi powodzenia drogie Panie. – Próbował szarmancko ogarnąć spojrzeniem wszystkie kobiety. – Poza tym przekazuję, że sprawa jest priorytetowa.

– Super! Ale jestem ciekawa co nowego przyszło! Dziękujemy Szefie! – Entuzjastycznie zwracała na siebie uwagę siedząca przy biurku w kącie Zosia. Pracowała od kilku miesięcy. Swoje stanowisko – „Łowca Talentów” uważała za wielki sukces. Dostała się z polecenia koleżanki, która z kolei otrzymała premię za jej sprowadzenie. Dwudziestokilkuletnia kobieta miała spore ambicje. „Dbaj o swoją osobistą markę” – powtarzała sobie.

– Dzięki Robercie. Ogarnę to jak szybko się da i zaraz przepracuję z dziewczynami – Krysia mówiła już do pleców dziarskiego szefa wychodzącego z fikuśnego pokoju. Chciała pokazać, że ona jest tu ważną osobą. Przypomniała reszcie swoje niezastąpione umiejętności przywódcze. Było to coraz trudniejsze dla Krysi i całej masy zespołowych liderów. Okazywało się z mijającymi latami, że w społeczeństwie jest więcej charyzmatycznych osób niż przeciętnych. Przeciętność, zwykłość i normalność były jak słowa klątwy dla młodego człowieka.

– Ja dałabym mu popalić za tę „skarbie” – zagadała Agata. Pracowała od tygodnia. Kobiety z HR obwołały ją nieoficjalnie „szpila”. Agata zaimponowała jednemu z bossów swoim blogiem „Sukces na obcasie – jestem kobietą i chcę zwyciężać”. Chciała ewidentnie zagaić rozmowę. Pokazać trochę swoje poglądy. Może z którąś wejść w konfrontacje. Miała w głowie prostą strategie – udowodnić swoją siłę i przebijać się na salony branży kreatywno-medialnej.

***

Lutuś miał luźniejszy dzień. Nie robił przede wszystkim żadnych prezentacji czy tabelek dotyczących osiągnięć kolegów. Był ogólnym giermkiem i zajmował się podrzędnymi zadaniami. Do pracy trafił po znajomości. Z wielkim trudem radził sobie z przetrwaniem. Mówiąc językiem firmy, nie czuł tego miejsca. To nie był jego świat. Migał się od rzadkich propozycji wykazania się przy Social Mediach czy wypracowaniu jakiegoś konceptu kampanii. Dałoby mu to awans, lecz on w ogóle nie przepadał za działaniami w Internecie. Nie mówił o tym głośno. Jako pomoc biurowa przygotowywał często zestawienia statystyk z sieciowych wydarzeń. Lutuś odpoczywał od owych statystyk nie spodziewając się opadającej na jego głowę gilotyny, którą uruchomił kilka dni temu jakiś Szef w HR.

Odbił się kartą przy bramce, pozdrowił bez spojrzenia nań recepcję i zmierzał do ruchomych drzwi w holu. Lutusia irytował niezwykle ten mały aspekt pracy. „Żebyśmy musieli się tutaj odbijać się jak w jakimś korpo-banku” cedził przez zęby. Sprawa była wbrew pozorom prosta. Odkąd Agencja Kreatywnej Reklamy wprowadziła nowoczesną organizację pracy pozwalając na wyjścia w czasie normatywnych godzin, odtąd kreatywni pracownicy poczęli pomysłowo umykać bardziej niż to było wskazane. Toteż należało ukrócić tę swawolę, co by cała ta inteligentna śmietanka często nie znająca reguł gramatycznych czy zasad kompozycji nie poczuła się nazbyt przaśnie.

Recepcja zawróciła go tym razem do siebie. Recepcjonistka rzuciła bez słowa na blat kopertę dla niego. Mina dostarczycielki zniechęciła Lutusia do jakichkolwiek pytań. Oburzył się oczywiście jak to on. Miał manię przyglądania się okazywanym mu gestom i czytał z nich o wiele za dużo. W pierwszej chwili bywało to zgubne jak na przykład wtedy, gdy nawrzeszczał na kobietę, która pytając o godzinę dodała „niech mi Pan powie z łaski swojej…”. Z reguły chwytał rozmaite niuanse ludzkiego zachowania po dłuższym lub krótszym zastanowieniu albo gdy ktoś po prostu wytłumaczył mu, jak tamta kobieta zagubiona w czasie. „U nas był to zawsze zwrot grzecznościowy proszę Pana” – tłumaczyła mu wtedy napełniona lękiem i niechęcią co do poznania godziny. Joanna z recepcji musiała być wpieniona, ponieważ znów ktoś potraktował ją jak nikogo. Nie dość, że pełniła obowiązki mało kreatywne jak na Agencję Kreatywnej Reklamy, to jeszcze na dodatek miała coś z głową. Była chora umysłowo. Lutuś unikał takich plotkarskich informacji, co Aśce z holu dokładnie dolega, lecz przy okazji tajemniczego listu spostrzegł u niej ogarnięcie na tyle, że potrafiła zaprezentować zły humor. Panował ogólnie taki trend, aby zatrudniać niepełnosprawnych ludzi. Piękna idea „pełnoprawni do pracy”. Może za jakiś czas społeczeństwo dorobi się idei pełnoprawnych na stanowiska kierownicze czy lepiej opłacane zawody niż cieć.

Stresująca sytuacja przy wysepce w holu przekonała go do późniejszej lektury korespondencji. Wyszedł bez słowa. Uliczne korki dawały jak zawsze wiele czasu na refleksję tudzież inne egzystencjalne przeżycia. Zerknął na siedzenie pasażera. Leżała na nim koperta. Przy odpieczętowaniu jej wymiętolił list i już miał nań spojrzeć, lecz wówczas ruszyły samochody. Spostrzegł jedynie nadawcę wiadomości. Dostał wiadomość od Tomka.

***

– Słuchaj stary, ja nic do ciebie nie mam. Tutaj nie leży nic osobistego. Co było między nami, to było i nie ma to żadnego wpływu na tę sytuację. Wiem przecież, że jesteś porządnym gościem, ale wiesz też o tym ty, że psu na budę to wszystko, bo ja nic nie poradzę.

– Dobra STAAARY! Powiedz mi lepiej, czy jest w takim razie ktoś kto mi tutaj coś poradzi? – Zapytał z westchnieniem. Zanim dodzwonił się do Tomasza, obsypał gradem połączeń oddział HR i każdego lidera, którego miał w telefonie. Rozmawiał o zwolnieniu, które wystosował mu kolega w liście. Tomek był szczęśliwcem, bowiem jako ostatni na Gorącej Linii z Lutusiem nie słuchał dzikich wrzasków oraz gróźb. „Mam kumpli, znanych blogerów” łgał Lutuś ludziom chcąc przekonać ich, że zwolnienie jest na pewno pomyłką, a sam powód z całą pewnością jest nieporozumieniem. Nie znał blogerów, bo oni byli w Internecie, za którym nie przepadał. Ktoś kiedyś tłumaczył mu natomiast, że internetowi twórcy są bardzo wpływowymi ludźmi, a on to po prostu łyknął.

– Słuchaj wiesz jak jest, gdybyś był rekrutem puściłabym tobie jakąś bajkę, ale wiesz, że liczy się wynik i w zaistniałej sytuacji Agencja nie pozwoli sobie na żaden szkodzący incydent z tobą w roli głównej, zwłaszcza, że jesteś podrzędnym pracownikiem.

Po tym wykonał jeszcze kilka innych desperackich telefonów. Nikogo nie złapał. Szkolenie z Zarządzania w Kryzysie okazało się o kant dupy potłuc. Siedział jeszcze w ciszy i towarzystwie samochodu, którego do tej pory nie opuścił. Baśka puściła sms do niego. Pytała gdzie jest. Przejrzał jeszcze otrzymany list i papiery rozwodowe od firmy, zebrał się i wyszedł. „Tylko nie pękaj, dasz radę” powtarzał sobie i spoglądał w górę szukając Bóg wie czego. Zaparkował przed blokiem. Wynajmowali mieszkanie z Baśką w tych nowszych, ogrodzonych i z podziemnym parkingiem. Przeprowadzili się niedawno. Lutuś jak już umyślił coś sobie, to się tego trzymał. Sprezentował zgodnie z pomyślunkiem sprzed marketu partnerce zwierzaka i lepsze mieszkanie. To było bardzo ponad stan. Stare Polo wyglądało jak bezdomny na rewii mody. Gdyby dobrali sobie ten podziemny parking, byłoby jeszcze gorzej.

Plusem było teraz to, że w oknie nie czatowała żadna życzliwa sąsiadka lustrująca pobliskie zdarzenia. Połowa mieszkańców mini-bloku została na nadgodzinach w pracy, a druga połowa po pracy miała w nosie resztę świata. „Tylko nie pękaj, dasz radę” i wkroczył do mieszkania. Nie przywitała go Baśka, choć potrzebował tego jak nigdy. Rozpłaszczył się w samotności i powędrował do malutkiego gabinetu, bo z korytarza widział poblask świecącego się monitora.

– Cześć kochanie, już idę do stołu, tylko jedną rzecz dokończę.

Dał jej buziaka, a odchodząca głowa od Baśki zerknęła ukradkiem na monitor.

– Co robisz? – Pytał marszcząc czoło w nerwowym skurczu.

– Robię przelew dla takiej jednej osoby. Potrzebna jest pomoc.

– Jesteś pewna, że ta osoba potrzebuje pomocy?

– No tak, tutaj jest cały opis sytuacji, zobacz.

Stało się. Nie wytrzymał i pękł.

***

Jechali pociągiem już trzecią godzinę. Byli w połowie drogi do Szczecina. Lutusiowi kompletnie odwaliło i postanowił sprawdzić rzekomą osobę potrzebującą pomocy. Baśka zgodziła się na tę podróż by bodaj przez moment się uspokoił. Wpienił się wtedy w mieszkaniu do tego stopnia, że świat dla Baśki przez chwilę zatrzymał się, a później wszystko rozpędziło się jak ten pociąg. Lutusia zwolnili z pracy. Powodem była wzmianka prasowa o nim, padały w niej całkiem poważne zarzuty o malwersacje i manipulacje finansowe, a firma nie chciała kłopotów. Siedzieli teraz w InterCity i grzebali w pokładach Internetu szukając jakiejkolwiek rady. Baśka szperała, bo Lutuś ciągle miał jakieś „ale” do pokładów Sieci. Oczywiście nie wypierał się całkowicie nowoczesności. Prawdę mówiąc ona go po prostu przerastała. Wspierał ich intensywnie Zyga. Mniemał się za specjalistę we wszelkich intrygach istniejących na świecie. Zyga potrafił przesiedzieć wiele godzin w Necie i niuchać jakieś globalne spiski na stosownych do tego forach. Kumpel będący teraz w potrzebie z początku traktował pobłażliwie Sieciowego Komisarza, lecz wzrost popularności tego trendu szperania z manią archiwisty w wysypisku śmieci jakim był Internet, budził coraz to większe obawy. Rewelacje Zygi bywały zabawne jak chociażby te, że Pampersy to czarny interes prowadzony przez masonów. Niemniej ludzie popadali w informacyjne paranoje i będąc ogłupieni wpadali w jakiś zaułek izolacji, który okazywał się z kolei ślepy, a panowała tam samotność.

Zyga opowiedział Lutusiowi o post-prawdzie i wysłał masę linków na ten temat. Tłumaczył mu jak krowie na rowie, że to jakiś „fake news” puszczony w Bóg wie jakim miejscu i nic nie znaczy dla normalnego człowieka. „Normalność to deficytowa cecha dzisiaj” pomyślał Lutuś. Siedział teraz w wygodnym fotelu w towarzystwie Baśki i Powerbanka połączonego z całą elektroniką. Ich siedziska przypominały Centrum Dowodzenia Kryzysowego. Specjalnie na tę sprawę wybrali czwórkę z nadzieją, że nie będzie nikogo naprzeciwko. Szczęśliwie nie było. Jechali do Szczecina. 

***

– Słuchaj Anno, ktoś chcę się bardzo spotkać z tobą dzisiaj – oznajmiła z pełną troską starsza kobieta.

– Świetnie, może coś dobrego załatwimy, może coś dobrego nas spotka dzisiaj!

– Obawiam się, że niekoniecznie. Wiesz młody facet, który znalazł do nas kontakt był strasznie nerwowy. Nie interesowało go niemal nic poza adresem zamieszkania.

Anna nie musiała patrzeć na zlęknione spojrzenie kobiety, aby zrozumieć czego się boi.

– Zadzwonię po dziewczynach i zapytam, która może teraz poświęcić dla ciebie popołudnie.

– Dobrze mamo – odpowiedziała z westchnieniem Anna.

***

Lutuś i Baśka wracali tramwajem. Zwiedzili sobie największy cmentarz w Europie i byli poza tym mocno zdenerwowani, a zwłaszcza Gwiazda ciesząca się złą sławą. Nie udało się umówione spotkanie przez przypadek losowy, a dokładnie nagłą wizytę u lekarza poszkodowanej. Wracali sobie więc tramwajem. Tłoku brak, chociaż tyle tego dnia. Nie zmieniało to faktu, że Lutuś chciał wyciągnąć karabin i powystrzelać wszystkich. Dopadały go czasem takie momenty, w których – on z reguły niewaleczny facet – czekał na jakąś konfrontację. Gromadził w sobie tyle ciężaru, że chętnie upchałby go we wór i boksował go dalej jak niespełniony Rocky. W czasie jazdy skupił uwagę na melodii telefonicznego dzwonka sygnalizującego telefoniczne połączenie jakiegoś pasażera. Też go wpieniał. Odwrócił się, bo chciał sprawdzić, kogo pierwszego ustrzeli z tego karabinu. Spostrzegł dziewczynę na wózku z koleżanką u boku.

– Cześć Mamo, jestem w tramwaju, więc powiedz mi tylko, czy mogę już wracać od tego lekarza. – Spojrzała z rozbawieniem na koleżankę.

– Pomyliłaś się? Jeśli nie był to żaden ubezpieczyciel, to dlaczego miał pretensje i o co chcę nas oskarżać?

Po chwili wyjaśnień za słuchawki Anna pożegnała się z mamą i zapowiedziała, że w domu się pogadają więcej. Mimo swojej niepełnosprawności fizycznej rozumiała doskonale ten wysublimowany kontekst kulturowy, wedle którego telefoniczne rozmowy w miejskiej komunikacji należy prowadzić krótko i w miarę cicho. Nie każdy musi słuchać tego kto kim gardzi, gdzie i jak ktoś uprawiał seks czy też poznawać najbardziej krzykliwe gatunki muzyczne. „Dlaczego nikt w tramwaju nie słucha jazzu na głośniku?” pytał pewnego razu Lutuś Baśkę. Dziewczyna dokonując tego moralnego wysiłku nieuprzykrzania sobą podróży innym, zwróciła się do koleżanki nakazując jej wysiadkę przy pierwszej bramie.

– Będziesz miała bliżej, przestań już, ktoś mi tutaj pomoże, chociażby motorniczy, a mama wyjdzie po mnie w razie czego.

– Jesteś pewna?

– Jestem pewna i pełnosprawna umysłowo – odpowiedziała w serdecznym uśmiechu. 

***

– Uwaga, tramwaj państwu ucieka!

– To nasz przystanek, w porządku – odpowiedziała Baśka. Lutuś nie był w stanie powiedzieć cokolwiek. Wyprowadził wózek z Anną i pozdrowił nadchodzącą w oddali mamę dziewczyny nieśmiałym i nieco smutnym uśmiechem. Nie był to oczywiście ich przystanek, ale nie miało to większego znaczenia teraz, ani wzięty urlop Baśki na dziś i jutro, ani kasa na bilety. Resztę powrotnej podróży wracali w ciszy i uciążliwej zadumie. Są takie myśli, z którymi konfrontacja boli jak mało co, ponieważ człowiek wie z góry, że przegrał. Czasem prawda tak bezczelnie bije po pysku, że nie istnieje żadne obejście czy logiczne wytłumaczenie refleksji, które o nią walczą.

Lutuś miał totalną burzę w mózgu. Przemyślenia niczym porywiste fale uderzały o klif jego świadomości. „Broń lub narzędzie – jaka to ponadczasowa definicja” myślał. Poza wstydem oraz poniżeniem przed którymi nie mógł uciec, kłębiła się w jego głowie jakaś pokręcona nadzieja. Nie wiedział jeszcze na co dokładnie. Może doświadczył tego, że każdy cień daję nadzieję na światło. Może w dodatkowym obciążeniu jakim była świadomość o bezrobociu, która również musiała go dopaść teraz, zobaczył jakąś szansę dla siebie. Obszedł tymi myślami, jak ubranie wciągające gęstą chmurę z papierosa. Na dworcu znaleźli się o nocnej porze. Przywitała ich tylko jedna osoba. Stała przy trzecim peronie. Młoda dziewczyna ukradkiem obserwowała nieznaczny ruch zaistniały po zawitaniu pociągu ze Szczecina. Lutuś poznał tę dziewczynę.

***

– Cześć, chyba się znamy prawda?

– Tak z pracy, jestem Agata.

– Lutuś a to jest Baśka.

– Słuchaj, wiem o twoim wylaniu i chcę powiedzieć tobie jedną rzecz i proszę cię, nie pytaj mnie o nic. Swoją drogą złożyłam wypowiedzenie z Agencji. Byli dla mnie tacy polubowni, że z dniem dzisiejszym nie jestem tam pracownikiem. A to co chcę powiedzieć, to że Lutosławie, ja po prostu współczuję ci ile tylko mogę.

Lutuś zrozumiał co znaczyło „nie pytaj o nic”. Są takie doświadczenia, które mają jednorazową dawkę goryczy. Każdy kolejny haust takiej kawy życia potwornie rani, jakby wypalał ciało od środka niczym wrzący olej zamiast czarnego napoju. Baśka pytała jednak i teraz ona była holendernie wpieniona. Lutuś wspomógł więc koleżankę i zatrzymał swoją partnerkę w dworcowym przesłuchaniu, bo „nie pytaj o nic” może znaczyć też „uważaj, bo zaraz się popłaczę”. Koleżankę widział raz w ostatnim tygodniu na korytarzu. „Szpila” na nią mówili, lecz nie wiedział dlaczego. Być może to na nią nakrzyczał wczoraj w ferworze telefonicznych pomst na cały świat. Do Agaty powróciły mimo braku pytań sceny z ostatnich dni. Szef-dupek i jego szowinistyczne uwagi do Krysi. Lutuś nie starał się nawet zamienić kilku grzecznościowych zdań. Poszedł w swoją stronę. Baśka zaczęła skołowana podpytywać o wiele spraw, a przede wszystkim o to, dlaczego nie zapytał o prawdę.

– Wiesz, pomyślałem sobie, że czasem prawdy nie należy szukać w słowach, a zwłaszcza w słowach pisanych w Internecie czy pieprzonym liście, ale w ciężkości wózka z młodą dziewczyną czy panicznej walce kobiety o przyzwoitość.