Lutuś wspomina pewną szkolną wycieczkę, pewien Festiwal o przeszłości oraz bójkę, w której wstawił się za nim Tytus.

– Dlaczego siedzisz z tym lamusem? Chyba pani cię tutaj usadziła, co nie Tytus? – Zapytał jeden ze szkolny osiłków.

– A właśnie siedzę, bo chcę! Spadaj na drzewo – odpowiedział Tytus siedzący obok Lutusia.

– Nie siedź z nim, bo będziesz takim samym lamusem jak on – dołączył się inny koleżka.

– Sami jesteście lamusami – bronił się chłopak. Toteż wynikła sytuacja taka, że na końcu autokaru skumulowało się niemałe napięcie. Dwóch chłopców siedzących za Lutusiem i Tytusem zaczęło dokuczliwe zagrywki. Szarpali fotelami czy strzelali po uszach. Ofiary zaczepek postanowiły coś uczynić wobec zaistniałego problemu. Przybiły więc sztamę. Wstając odwrócili się do oprawców i sprzedali im kilka liści, czyli uderzeń otwartą dłonią. Wyszła zatem z tego bójka przerwana przez nauczycieli. Rozsadzono chłopców i zapowiedziano wezwanie rodziców.

Były to pierwsze wspomnienia z wycieczki do Warszawy, na którą Lutuś ze szkołą pojechał pewnego razu. Kiedy jeszcze studiował, wracał wtedy do różnych wspomnień. Najwięcej mądrości odnajdywał w doświadczeniu życia. Siedząc na oparciu fotela, przy uchylonym oknie popatrywał pustym spojrzeniem przed siebie i zanurzał się w głąb pamięci szukając ratunkowej boi. Baśka zarzuciła mu tym razem skrajną nieodpowiedzialność, ponieważ wcale nie dba o przyszłe dzieci. Powiedziała mu, że on sam jest wielkim dzieckiem na jej utrzymaniu. Za wiele. Po raz kolejny zostało wyrzucone za wiele. Czuł jak rozbitek na bezludnej wyspie, która okazała się zbyt krucha dla fal wzburzonego oceanu. Dziewczyna wespół z rzeczywistością rozbijali skutecznie bezpieczną przystań chłopaka, a on sam nie zdążył jeszcze przygotować szalupy ratunkowej, choćby maleńkiej tratwy. Kiedy Lutuś rozważał czym jest odpowiedzialność, czarna psina wykorzystała wolne miejsce na fotelu.

***

Owa bójka w autokarze stała się konsekwencjami pewnego zdarzenia. Otóż kilka miesięcy wcześniej Lutuś brał udział w piłkarskim meczu. Grał w zespole z jego późniejszymi oprawcami. Podczas wspólnej gry Oreł nie wykorzystał sytuacji na strzelenie bramki i niefartownie ustrzelił w słupek. Uderzenie było z impetem, toteż odbita piłka szybko trafiła na drugą połowę, a tam przeciwnicy w błyskawicznej kontrze zdobyli punkt. Można powiedzieć, że normalka, że zdarza się przecież. Lutuś miał jednak pecha, rzecz miała bowiem miejsce w momencie, gdy drużyny remisowały, zbliżał się koniec meczu i w ogóle były to wakacyjne zawody. Dzieci posiadają w przeciwieństwie do dorosłych umiejętność zapominania nieistotnych spraw. Niestety bywa również, że osoby nie potrafiące przegrywać nie zapominają lub pamięć o zdarzeniu wygasa znacznie później. W ten sposób Lutuś stał się wrogiem publicznym numer jeden. Klawi kolesie z zespołu mieli swoje wpływy wśród rówieśników i szkolnej społeczności. Problemy z dziećmi w szkołach stawały się coraz trudniejsze do rozwiązania. Mowa oczywiście o bójkach, utarczkach i relacjach między podopiecznymi. O zdobywaniu ocen też swoją drogą. Kłopoty nastręczali rodzice oraz ich pociechy. Dzieci nie rozumiały jeszcze umowy społecznej jako gwaranta względnego porządku. Robiły co chciały nie licząc się z nikim. Dramatem stawało się niezrozumienie tej kwestii także przez rodziców. Oni żyli również w przekonaniu o wszechmocy ich potomków. W takich okolicznościach rozwiązywanie konfliktów graniczyło z cudem. Nikt nie uznawał potrzeby arbitra jakim bywała dyrekcja czy pedagodzy w sporach. Oprócz tej spuścizny nieznośnego indywidualizmu dochodził aspekt rozszerzającej się siatki prywatnych szkół. Nie należało się dziwić lepszej organizacji w tych placówkach, ponieważ ręka kapitalizmu jest surowym aniołem stróżem. Tymczasem ludzie nie dostrzegali dostatecznie szybko jak wiele podziałów się rodziło. Nie dość, że publiczne szkoły posiadały własne wymagania, to rodziły się prywatne placówki sięgające do portfeli rodziców. Zbyt szybko. To wszystko działo zbyt szybko, aby dorośli mogli połapać się w zaistniałych możliwościach, a co dopiero dzieci będące prawdziwymi beneficjentami tych procesów. Tymczasem nauczyciele interweniujący w wycieczkowym zgiełku postraszyli tak naprawdę bijących się w autokarze chłopców. Koncentrowali się na festiwalu, na który zmierzali z młodzieżą.

***

Dzieci podzielone na małoliczne grupki wędrowały wraz ze swoimi opiekunami po zorganizowanym „miasteczku przeszłości”. Podziwiały występy jak popisy pojedynków na szable. Uczestniczyły w rekonstrukcjach niewielkich potyczek polskiej armii. Zwiedzały specjalne namioty jak ten przygotowany o Żołnierzach Wyklętych. Spotykali tam młodych wolontariuszy przebranych w stosowne ubranie, opowiadających historie zapomnianych bohaterów. Poza tym słuchały wystąpień. Na jednym z nich prowadzący opowiadał o obywatelstwie. Dzieci dowiedziały się wcale niegłupich rzeczy i być może mniej będą zaśmiecać lasy czy publiczne chodniki w ciągu swojego życia. Dość powiedzieć, że całe te przebieranki, pokaz broni, pojazdów czy koni był dla dzieciaków wielką frajdą. Nie wychwytywały jeszcze niuansów związanych z tym kto do czego prowadził swoje wywody. Jakie to miało przecież dla nich znaczenie? Żadne. Toteż robiły sobie zdjęcia niemal wszędzie, a co po niektórzy nagrywali nawet amatorskie wideo.

Festiwal „Zanurzeni w przeszłości docieramy do własnej tożsamości”, impreza nie była to mała. Corocznie organizowana przez specjalny do tego wyznaczony organ administracyjny – Instytut Patriotyzmu. Koordynował przez dwudniowe spotkanie udostępnienie szerokiego programu z występami i krótkich wykładami dla dzieci. Festiwal trwał bez mała dwa miesiące, wrzesień i październik. Ludzie pracowali przy nim w tym okresie niemal przez cały tydzień, za wyjątkiem niedziel. Publiczne szkoły były nieoficjalnie zobowiązane do uczestniczenia przez własne reprezentacje w tym wydarzeniu.

Poza miasteczkiem przeszłości zalecali zaprowadzić dzieci w miejsca, „w których koniecznie trzeba być”, jak to określili. Lutuś próbował przywołać obrazy, które miał wtedy okazję zobaczyć. Nie bywał w stolicy, żeby na własną rękę udać się na Festiwal. Co prawda istniały przecież stosy cyfrowych fotografii oraz filmów, choćby z owego wyjazdu. Czasem nawet zerkał na te zapisane u siebie, lecz z reguły mało kto prawdziwie kolekcjonował migawki z własnego życia. Zawsze brakowało czasu, a materiałów przybywało w ilościach nie do ogarnięcia. Toteż spoglądał jak przez mgłę na szyby i mury noszące blizny po pociskach – wspomnienia spaceru po starówce. Z tamtych dwóch dni zapisał na długo scenę przy pomniku małego powstańca. Świeżo upieczona polonistka będąca pierwszy raz na Festiwalu nie mogła pogodzić się z obserwacją jak jej podopiecznym tłumaczono wagę poświęcenia ich rówieśników. „Ja im nie odmawiam bohaterstwa, ale ludzie! Litości! To są dzieci” zapamiętał to zdanie swojej byłej nauczycielki. Z dalszych obrazów tamtej sceny, wedle wspomnień Lutusia, wynikało że to było ostatnie zdanie ledwo trzymane za wodze emocjonalnego uniesienia. Dalej zrobiła się porządna awantura jak to między dorosłymi bywa oraz jak to przy okazji pewnych tematów również bywa. Tamten Festiwal popsuł się dzieciakom od problemów dorosłych. Mimo dość krótkiej sprzeczki przy pomniku, emocje z kategorii „ja mam przecież rację” nastręczały zbędne napięcie przez resztę wycieczki. Być może Lutuś zapamiętał tamto wydarzenie dlatego, że zaraz po nim nastąpiło zawiązanie się przyjaźni. Kiedy wzięci na bok podopieczni otrzymali chwilę pauzy, zajęły się sobą jak to mają w zwyczaju. Lutuś więc pogadał tę chwilę z Tytusem. Chłopcy zliczyli swoje siniaki. Obiecali sobie pomagać w dalszych problemach i dyskretnie zwymyślali szkolnych twardzieli. Oprócz wspólnego grania w RPG połączyła ich przygoda z prawdziwego życia.

Z ową polonistką miała miejsce jeszcze jedna rzecz, za którą Lutuś udał się w wędrówkę przez pamięć. Prozaiczna sprawa zdarzyła się w komunikacji miejskiej. Zapominając o harmidrze wywołanym przez dzieci pełne ekscytacji, które żywo komentowały konie, karabiny, szable, stroje i całą resztę, nastąpiła „topowa ironia”, czyli wydarzenie skatalogowane przez Lutusia w jego własnym rankingu „Zdarzeń z życia”. Nauczycielka zaliczyła drugą sprzeczkę. Uwagę jej zwrócił bowiem pewien mężczyzna. Lutusia nie było akurat dość blisko, aby dobrze podsłuchać, lecz gdy tamten facet oddalił się od nauczycielki przeciskając się między małymi podopiecznymi, powiedział „zgłoście to swoim rodzicom”. Dowiedział się później. Chodziło o swobodną, telefoniczną pogawędkę na temat dzieci niedotyczący prowadzoną przez polonistkę. Poza tym używała takiego języka, że zwracający uwagę mężczyzna dowiadując się o obowiązkach i zawodzie pełnionych przez „wulgarną i nazbyt wyzwoloną pannę”, oniemiał. To wspomnienie było istotne dla Lutusia i nie tylko dlatego, żeby zapisać je w rankingu. Oreł rozważając swoje doświadczenia, jak samouk uczył się filozofii, zgłębiał mądrość życia.