Opowiadanie o pewnym epizodzie z życia Lutusia. Rzecz wydarzyła się w przeszłości i pomimo niezbyt wielkiego znaczenia odegrała ważną rolę w przygodach bohatera.

Lutuś tego wieczoru spotkał się z Korpocjuszem. „Korek” – tak go przezywał jako jedyny zresztą – często narzekał na brak czasu i zazwyczaj udawał zapracowanego. Lutuś nie raz wpraszał się do Korka. Rzadko kiedy kumpel zgadzał się od razu na jakieś spotkanie. To były pozory i obaj zdawali sobie z ich sprawę. Korpocjusz cierpiał na samotność. Sukcesy w pracy były sukcesami, ale brakowało czasu na życie prywatne. Niemniej te i inne bolączki zakrywał pod warstwą grubej skóry, o której wiele trąbił Lutusiowi. „Życie to gra, a ja nie lubię przegrywać” – powtarzał jak mantrę.

Gdy wproszony gość opowiedział związaną z pracą historię prosząc o radę, Korpocjusz zerknął na swój „mądry zegarek” oceniając czas projektu „skuteczna i szybka pomoc”.

– Wiesz co stary, spróbuj do tego podejść ze stoicką rozwagą. – Korek lubił jak wielu mu podobnych korzystać z intelektualnych narzędzi, których do końca nie rozumiał. – Musisz znaleźć w tym tak zwaną Złotą Wagę, kumasz? To jest takie rozwiązanie, żeby wilk był syty i owca pozostała cała. Musisz ogarnąć sobie jakiś dobry escape i coś dla Baśki, żeby ją udobruchać…

Lutuś wyłączył się częściowo z wywodów Korka. Doskonale wiedział o tym, że kumpel nie dopowie już niczego konkretniejszego. Miał ambiwalentny stosunek do tych nowomodnych banialuk. Raz bawiło go to poczucie mądrości, które biło od tych tyrad intelektualnych kreatywnych ludzi. Innym razem wpieniał się, że takie brednie zdobywają tylu fanów. Skrywał zazdrość, bo nie uważał się za mniej mądrego, a nie mógł osiągnąć tyle co inni. Gdy Korpocjusz wspomniał o Złotej Wadze, migawki z pewnej młodzieńczej akcji wybiły z jego pamięci niczym wulkaniczna erupcja.

***

Wracał wtedy ze szkoły. Zbliżał się koniec roku i był ciepły czerwiec, toteż przesiedział krócej niż zwykle na lekcjach. Jak każdy szanujący się licealista trochę wagarował tak dla zasady. W czasie przechwałek i przebijania kto co zrobił, miał jakąś kartę do rzucenia. Dobrze zapamiętał jeden taki powrót do domu połączony z włóczęga dla niepoznaki, że wrócił wcześniej niż należy. Spotkał na placu Kościuszki przebierańca. Okazał się całkiem ładną i nieco starszą dziewczyną, gdy przechodził obok niej, puściła mu oczko, podszedł więc bez większego zastanowienia. Dziewczyna przebrała się za Atenę. Stała na wielkim podeście. Obok miała jakiś pomagierów pilnujących rekwizyty. Pilnowali hełmu, Atena trzymała natomiast wagę. Lutuś nie mógł ocenić tego co najważniejsze dla licealisty – dziewczęcych krągłości – Atena skryła je długą od stóp do głów togą. Miała za to słodką buzię, blond włosy i porażający bielą uśmiech. Jego zbereźne marzenia o przelotnym romansie mignęły szybciej niż błysk bieli zębów dziewczyny. Pomagierzy oprócz rekwizytów pilnowali stoiska z jakimiś gazetkami. Gdy tylko Atena zwiodła go, aby zbliżył się wystarczająco, tamci wyskoczyli za jej pleców zapraszając na spotkanie do pobliskiej klubo-kawiarni. Lutuś w mig skapował co jest grane i pospiesznie poszedł w swoją stronę. W mieście klubokawiarnia „Dionizeta” uchodziła powszechnie za miejsce gdzie odprawia się jak to żartobliwie mówiono „greckie gusła”. Na długo zapamiętał jednak słowa, które skierowała do niego Atena.

***

Daniel przyniósł ze sobą strój roboczy w postaci gumowych rękawiczek i czerwonej dżokejki. Nosił ją wszędzie, w domu, na boisku, w lecie czy zimie. Zagadka czerwonej czapki z daszkiem nie została jeszcze rozwiązana. Właściciel dżokejki pełnił teraz rolę najemnego Robotnika. Spotkał się z kompanią pełniącą rolę Pracodawców przy Klubie. Lutuś wywalczył po wielkich bojach z kumplami dwa płatne zadania dla Czapkarza. Robotnik wykonywał pierwsze zadanie przez kilka godzin. Altanka po całej robocie wyglądała znacznie lepiej. Zniknęły kurze, pajęczyny, puste butelki, puszki oraz brudne liście. Wysprzątano jeszcze fotele. Ich wnętrza i zakamarki stanowiły najwyższą próbę.

Chłopaki dawali radę w roli pracodawców i nie mieli nawet za wiele „ale” do wynajętego pracownika. Zyga przyniósł kosz i miotłę z mieszkania w kamienicy stojącej przed podwórzem z altanką. Lutuś ocenił miotłę nie pozostawiając rzeczy niezindeksowanymi na klasę „stara-jaga”. „Z Harrym Potterem to bym się nie ścigał tym krzakiem” – pomyślał. Zydze zależało najbardziej na dobrym wykonaniu roboty, pilnował więcej najuważniej pracy Daniela. Miał takie poczucie, że ciężką pracą ludzie się bogacą. Tolkowi było głupio w roli Pracodawcy. Gdy coś mówił, miał kwaśną minę. Nie chciał wyjść na podłego i nie zamierzał jednocześnie oddać swoich zaskórniaków za frajer. Wróbelson – tak przezywali Jarka – miał najmniej uwagi przy sprzątaniu Klubu. Nie interesował się też nabytym Robotnikiem, ponieważ nie poznał go jeszcze osobiście jako jedyny z paczki.

Popołudniowe zadanie polegało na tym, że Czapkarz zamiótł całe boisko, na którym Klubowicze grali dzień w dzień. Usuwał gałęzie z bieżni wysypanej czarnym jak węgiel żwirkiem przypominającym szlakę. Ten dzień obył się dla boiska bez rozegrania meczu na nim, należało bowiem pilnować ziomka w czerwonej dżokejce.

***

Dzień przed Wielkim Sprzątaniem spotkali się w klubie pod Pepsyłowem. Klub stał w ogrodzie przed kamienicą zamieszkałą przez rodzinę Zygi. Był starą altanką. Być może mierzył 2 na 2 metry. Nikt tego nigdy nie sprawdził, bo i po co. Zapewne dlatego mieściło się tam do osiem osób. Gdyby chłopaki wiedzieli, że nie ma miejsca, nie spraszaliby ludzi. Tego dnia przyszli – Zyga, Tolek, Wróbelson i Lutuś. Zebrali w kopertę grosiwo. Zyga wykombinował nawet datek od swojej babki. Z Klubu wybrali się po całej boiskowo-osiedlowej ekipie. Zbiórka przebiegała przeciwnie do pierwszego zebrania jak bułka z masłem.

***

Dni przed Wielką Zbiórką mijały niespokojnie dla Klubowiczów. Namieszania narobił nie kto inny jak Lutuś. Reszta nie wiedziała co mu odbiło. Nie wiedzieli, że jego wyskok wiąże się z niedawnym spotkaniem na placu Kościuszki. Chłopaki siedzieli w Pepsyłowie i nie mieli pojęcia jak się zabrać do lutusiowego urojenia.

– Fajny pomysł, ale nie mamy kasy – rozpoczął Tolek.

„Dobra, to było do przewidzenia” pomyślał Lutuś.

– Ale Danielowi trzeba pomóc.

Czekali jeszcze tylko na zdanie Wróbelsona. Wstrzymywał się, nie miał bowiem problemu z kasą jak reszta. Nie znał ziomka, któremu reszta chce pomóc.

– Dobra, to może złożymy się po piątaku – ulegał Tolek.

– Piątak to trochę za mało – sprzeczał się dalej Zyga.

– No właśnie, a poza tym monety źle wyglądają w kopercie.

Klubowicze kochali praktyczne myślenie Lutusia.

– Damy po dyszce – dołączył się Wróbelson.

– Ale nie za darmo!

– Właśnie. – Zyga zgodził się w końcu z Tolkiem.

Ktokolwiek łudził się, że chłopaki umówią się w tak szybkim tempie, dobrze zrobił, że nie obstawiał tego za kasę. Pierwszy stres w postaci utracenia znacznej waluty minął. Żaden z nich nie przyznał, że dycha to było niewiele, lecz wszyscy cieszyli się, że nie padły wyższe stawki. Dyskutowali później nad rodzajem pracy, za który pomogą właścicielowi czerwonej czapki. Dla Zygi był to punkt honoru, dla Lutusia ulga związana z pękaniem kumpelskiego muru, dla reszty papierek lakmusowy na obawy przed sfrajerzeniem.

***

Po Wielkim Sprzątaniu chłopaki udali się z Danielem w miejsce spotkań wcześniejsze niż Klub. Poszli na schodki. Swego czasu spotykali się często przy kamienicy zamieszkiwanej między innym przez Jarka. Był punkt wyjścia dla dalszej drogi na boisko czy na miasto, czy imprezę. Wróbelson wskoczył do mieszkania po odłożoną wcześniej kopertę. Lutuś wręczył bez zbędnej przemowy zapłatę za pracę. Daniel podziękował i po kilku zdawkowych zdaniach poszedł w swoją stronę. Tyle z całej aury niezwykłości. Zyga przyznał później, że liczył na małe wzruszenie, że otworzy tę kopertę i zobaczy datek od kolegów, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Można rzec, że niczyje życie się nie odmieniło.

To była jedyna taka akcja Lutusia. Daniel potrzebował kasy na wakacyjny wyjazd. Jechał na rekolekcje z parafialną młodzieżą. Dla chłopaków takie wakacje były niezrozumiałe. Traktowali je jednak jako coś dziwnego, ale przy tym dobrego oraz pobożnego i ze względu na wpojoną zawczasu bojaźń pomogli koledze. Uznali bowiem takie działanie za rytuał zapewniający specjalną opiekę z nieba. Ziomka w czerwonej czapce znali przede wszystkim ze szkoły. Chodził z Lutusiem do klasy. Sporadycznie zagrał z nimi w piłkę. Od wielkiego dzwonu widywali się również na imprezie. O braku kasy na wakacje Daniela dowiedział się, gdy na przerwie klasowe towarzystwo gadało o planach na letnią labę. Nie przejąłby się tą sprawą, gdyby nie słowa które wierciły mu w głowie po niedawnym spotkaniu. „Cześć, powiedz mi, czy znasz wagę rzeczy w życiu? Podejdź, a wyjawię ci wszystko co trzeba wiedzieć o świecie” – powiedziała do niego Atena, do której podszedł na placu Kościuszki. W jego licealnym umyśle zadźwięczało wiele instrumentów, lecz nie mógł pojąć dźwięków jakie słyszał. Nie zdawał sobie sprawy, że tamto zdanie wypowiedziane w nieco sekciarskim kontekście pozostawiło piętno na jego życiu. Z każdym kolejnym rokiem nabierał nietypowej wrażliwości na wydarzenia, które przychodziły do niego, jakby za ich plecami machały pytajniki. Coraz więcej uwagi poświęcał swojemu postępowaniu. Jego wątpliwości były dla niego jak miecz obosieczny o ostrej z dwóch stron głowni. Przez nie był sobie największym wrogiem oraz najlepszym sojusznikiem.