Pewnie już wiecie, że na rynek wraca Nokia 3310. Królowa wśród aparatów telefonicznych – niezniszczalna i wieczna Nokia. Kręci się łezka w oku, lecz nie na wspomnienie jakiejś rzeczy. Wspominamy przecież zdarzenia, dawne przygody. Telefon jest zaś powszechnym dobrem, więc historii z nim związanych mamy bez liku.

Beton

– Dzień dobry, jest Bartek? 

– Jest, poczekaj, zawołam go – dalej słyszałem tylko zza słuchawki: Barteeeek! Do ciebie. 

– Siema, co tam?

– Idziemy pograć?

– No dobra, to idę się przebrać i będę czekał na schodkach.

Mniej więcej tak zgadywaliśmy się na granie w piłę. Ani ja, ani Bartek nie mieliśmy telefonów. Telefony były stacjonarne. Jeden numer na całą rodzinę. Spotykaliśmy się na owych schodkach i szliśmy po Krzyśka. Mieszkał na przeciwko. Nie pamiętam czy Krzysiek miał nawet telefon stacjonarny u siebie. Chyba pukaliśmy po prostu po niego zawsze. Dalszy przystanek całej eskapady stał kilkadziesiąt metrów dalej, przy publicznej szkole. Czekało tam na nas betonowe boisko i ludzie, a jak nikogo nie było to mieliśmy własne gry. Graliśmy na przykład mecze siatkówki. Jeden na jednego, dwóch na jednego. Stalowa brama z kolcami była prowizoryczną siatką. Heh, można rzec: oj, grało się! Później jak robili już orliki, przez jakiś czas my i tak graliśmy na betonie. A jeszcze później dorośliśmy i większość z nas nie gra już w piłkę.

Drzewo

Któregoś razu Bartek pojechał na wakacje z rodzicami. W zasadzie jeździł tak co roku. Zazwyczaj wyjeżdżał na dwa tygodnie, a jak wracał to zdzwanialiśmy się owymi telefonami stacjonarnymi. Tymczasem któregoś razu Bartek nie wrócił po dwóch tygodniach. Chodziliśmy na boisko bez niego. Ja, Krzysiek i Piotrek. Tak wyczekiwaliśmy i zastanawialiśmy się co się wydarzyło, że nie ma kumpla. Nie zamartwialiśmy się i nie wyobrażaliśmy sobie czarnych scenariuszy – bez przesady, nie ten wiek. Kiedy tak chodziliśmy na boisko bez naszego kolegi, graliśmy w jedną z wymyślonych gier. Kopaliśmy piłkę najwyżej jak umieliśmy. Cała filozofia. Tymczasem tamta okrągła przyjaciółka obraziła się i zawisła na drzewie. Musielibyśmy zbudować kilkupiętrowy blok żeby ją sciągnąć. Dlatego też obraliśmy łatwiejszy sposób i próbowaliśmy dokopać drugą piłkę do pierwszej lub przynajmniej do gałęzi, która nie wypuszczała naszej przyjaciółki ze swojego objęcia. Nie mieliśmy wtedy takiej Noki, żeby zadzwonić i pochwalić się Bartkowi, pośmiać się z tego i zapytać kiedy wraca. Nikt nie myślał zresztą, że będziemy częściej komunikować się pośrednio przez urządzenia niż bezpośrednio jak podczas wspólnego grania w piłę.

Telefon

Bartek przyjechał po trzech czy czterech tygodniach. Jego rodzice postanowili wydłużyć sobie wakacje i tyle. Nikt się nie meldował na Facebooku. Ludzie spędzali w spokoju swój wolny czas. Odpoczywali bez wsparcia całe świata wciśniętego w pakiet internetu od operatora telefonii. Tak było. Tymczasem proszę bardzo – historię związaną z telefonem znajdziemy nawet tam, gdzie go nie było jeszcze.