Mamy zatem kolejny serial od Netflix. Gatunkowo jest sportową komedią czasem wpadającą w dramat. Opowiada historie czternastu kobiet, które wzięły udział w urojonym projekcie niedojrzałego producenta.

W poszukiwaniu roli życia

Rozpoczynamy śledzenie historii od życiowych wydarzeń jednej z głównych bohaterek – Ruth. Otóż kobieta szuka pracy w filmie. Chodzi na rozmaite kastingi i nie odnosi za wiele sukcesów. Doświadcza przy tym płciowej dyskryminacji. Co może przecież zagrać ambitna kobieta jak nie głupiutką sekretareczkę? Może na przykład wystąpić w produkcji „erotycznej”, jak to określiła pewna koleżanka z branży. Toteż w okolicznościach kryzysowych, bo stan konta wyzerował się i trzeba było prosić o zapomogę, następuje zawiązanie akcji i niespełniona aktorka otrzymuje zaproszenie na udział w kastingu do nietypowego „dziełka”. Ogarniający owy projekt reżyser z pewnym zrezygnowaniem jakby robił to za karę tłumaczy, że gromadzi zespół do telewizyjnego programu o westring’u kobiet. Mimo, że wiele kobiet rezygnuje na wstępie, Ruth postanawia spróbować swoich sił.

BĘDZIESZ CZYTAĆ WEBDEO CZY NIE?!

Zapętlona budowa serialu i ringu

Uważam, że serial zasługuje przede wszystkim na docenienie pomysłu. „Plan jest dobry” jak to mawiał klasyk. Mamy bowiem komediową historię opierająca się na walce kobiet w ringu. Chciałoby się powiedzieć „coś innego”. Jest zatem sporo żartu budującego humor na kiczowatości realizowanego show oraz na niezdarności towarzyszącej nauce udawanej walki. Zabawne postaci nie rozśmieszają tylko, ale wprowadzają w różne problemy życia jak tożsamość Wilczycy, aspołeczność Sama, niespełnione marzenia Ruth czy Debbie. Problemów jest oczywiście więcej i bywają naprawdę niełatwe do przyswojenia. Może dlatego w tym serialu tyle żartów?

Bohaterki serialu wcielają się w westring’owe kreacje genialnej chemiczki, amerykańskiej bohaterki czy radzieckiej awanturniczki. Docieranie scenariusza tego nietypowego przedstawienia jest osobnym problemem, lecz dość powiedzieć, że w którejś ze scen pada takie stwierdzenie, że te postaci na ringu muszą być stereotypowe, taka jest bowiem konwencja. To stwierdzenie pomaga również zrozumieć „GLOW”, ponieważ bohaterki samego serialu bywają także stereotypowe. Według mnie te szablonowe konstrukcje są dobrze wykonaną robotą, bo robią to co należy – niosą sporą dawkę przeżyć. Myślę, że to wszystko jest zapętlonym widowiskiem obnażającym wiele ludzkich postaw i namiętności. Kobiety serialu prezentują rozmaite problemy i śmieszności życia, a kobiety ringu pokazują emocje rodzące się wokół spraw społecznych jak chociażby wydawanie zasiłków.

Pierwszy sezon „GLOW” jest udanym widowiskiem, które przede wszystkim bawi. Bywa czasem wulgarny i okrutny jak reżyser Sam w pierwszych zderzeniach z Ruth. Mamy po prostu paletę niezłożonych emocji. Mimo, że serial opiera się o sceny z kobietami w obcisłych kostiumach, odniosłem wrażenie, że został opracowany w miarę ze smakiem. Daleko mu do estetyki święcących tyłków rodem z teledysków. Poza tym uważam, że „GLOW” dopiero się rozkręca. Pierwszy sezon pozostawia wiele pytań i spraw do rozwiązania. Znów robi to podobnie jak w akcji dziejącej się na ringu, a myślę tutaj o zakończeniu zawodów i zdobyciu korony.