Recenzja „The Crown” scenarzysty Petera Morgana. Mamy serial od Netflixa. Jest dramatem historycznym. Opowiada historię młodej królowej Wielkiej Brytanii Elżbiety II. Tłem jest natomiast brytyjska polityka opierająca się o chłodny porządek i tradycję budowane przez wieki.

Wygasająca Elżbieta Windsor

Serial opowiada historię arystokratki, która stając się królową została uosobieniem brytyjskiej Korony. Mamy zatem sceny z życia między wystąpieniami i składaniem podpisów na stosie dokumentów. Owe migawki są wypełnione zderzeniami różnych sobie interesów. Z jednej strony jest parlament i rząd, któremu przewodniczy sir Winston Churchill. W ich interesie jest zachować tradycję i ustalony porządek. Działają w taki sposób, aby w jakimś sensie usidlić młodą królową i odsunąć ją do pozycji ładnej dekoracji. Rodzą się więc problemy typu gdzie królowa ma zamieszkać lub czyje nazwisko nosić. Przy innej okazji wytwarzają się kłopoty z obsadą stanowisk jak na przykład głównego sekretarza Elżbiety. Ich obejmowanie narzuca z góry ustalona urzędnicza hierarchia. W takich okolicznościach Churchill broni starego porządku, którego on sam jest pomnikiem, a poza tym warto pamiętać jego przynależność partyjną, zajmuje bowiem pierwsze krzesło w obozie konserwatystów. Z drugiej strony widzimy zmaganie się rodziny z nową pozycją Elżbiety. Córka, Siostra, Żona i Matka staje się niedostępną królową kluczącą między potrzebami jej bliskich a potrzebami całego narodu. Kolejno zadaje więc ciosy w Filipa, Małgorzatę czy Elżbietę-matkę. Tworzy się nieprzyjemny dystans, który wymusza Korona.

„Od lewej: babcia, wujek, mąż, ja, siostra, chłopak siostry i starszy pan Churchill” powiedziałaby zapewne Elżbieta

Imperium

Uważam, że „The Crown” należy docenić przede wszystkim za zdjęcia i muzykę. Zdjęcia oddają epokę i prezentują odpowiednią estetykę, czyli taką jaką spodziewalibyśmy się na arystokratycznym dworze. Muzyka bywa z reguły patetyczna, lecz w kontekście brytyjskiej monarchii trafnie się wkomponowuje. We mnie nie budzi wielkiego napięcia, lecz domyślam się, że może to czynić u osoby o innej wrażliwości. Myślę, że gra aktorska spełnia swoje zadanie, rodzi bowiem rozmaite emocje wobec bohaterów serialu. Poza tym nie mamy tylko do czynienia z typowo angielskim chłodem i stonowaniem. Owszem widać go mocno u Elżbiety, lecz emocje bohaterki oddaje zastosowany montaż zwracający uwagę na kurczowe drgania dłoni czy lękliwe spojrzenia. Mimo to wiele napięcia iskrzy w emocjach księcia Filipa czy księżniczki Małgorzaty, a o lodowato-gorącym Churchillu nie trzeba wiele mówić. Małżonek królowej boryka się z pozostawaniem w cieniu żony. Siostra cierpi z powodu niezaspokojonej miłości do Petera. Premier rządu gorączkuje się natomiast wszelkimi sygnałami sugerującymi mu ustąpienie z urzędu.

Fabuła, bo non-fiction przecież ma również fabułę, budzi moje największe problemy z odbiorem serialu. Nie oznacza to oczywiście całkowitego braku uznania. Dziwne byłoby, gdybyśmy znaleźli przekłamanie faktów historycznych, tymczasem serial nie nawiązuje w zasadzie za wiele do nich. Odnoszę wrażenie, że problem z odnalezieniem się w nowej sytuacji Filipa czy epizod z siostrą zbyt mocno uwypuklono. Czy tylko Elżbieta zdawała sobie sprawę czym jest królewski tron? Z trudem przekonuję się do tak silnych nieporozumień w monarszej rodzinie. Poza tym ciekawym wątekiem historycznym jest dla mnie to, że narrację prowadzi się jako walkę o utrzymanie Imperium w ryzach, jakby nie było wiadome jeszcze to, że dawny porządek odchodzi do przeszłości.