Swego czasu sporo przebywałem na boisku. Przypomniałem sobie momenty, gdy mówiłem w duchu „nie podawaj piłki”. 

Pierwsza bramka

Polubiłem się z piłką od pierwszego kopnięcia. Swoją pierwszą bramkę strzeliłem dopiero w podstawówce. Graliśmy na niewielkim skrawku trawnika przed szkołą. Byliśmy tam zapewne w ramach wuefu. Bramki były solidne – z dwóch patyków ledwo wystających z trawy. Grałem tamtego dnia w czymś podobnym do sandałków. Kopnąłem piłkę jak ostatnia pierdoła i ona doturlała się w przestrzeń dwoma patykami mierzoną. W momencie tamtego zetknięcia z piłką, gdy zamaszyście kopałem czubem stopy piłę, miałem to wrażenie że inni zaczęli tańczyć, wygłupiać się i robić wszystko tylko nie grać w mecz. Pierwszą bramkę zdobyłem zatem jedynie na poły uczciwie.

Pierwsze boiska

Granie w piłkę to nieustanna ewolucja, a sąsiedzi są zazwyczaj pierwszymi wrogami postępu. Moimi pierwszymi boiskami były podwórka, u mnie i u kumpla. Były to czasy wyzbyte z różnego dobrobytu. Na przykład brakowało okien PCV. Brakowało ich zwłaszcza w parterowych mieszkaniach. Strachliwi sąsiedzi przyczynili się do znacznego skoku w ewolucji grania. Otóż przenieśliśmy się z piłką i z kumplem na betonowe boiska. Trzyosobowa kompania. Jak powszechnie wiadomo bowiem najlepsze mecze gra się w stylu jeden na jednego. Pierwsze betonowe boisku stało przy bulwarze w parku. Było zalane szkłem. O dziwo nie były to stłuczone okna, a rozbite butelki. Mimo tego i mimo, że w pobliżu boiska zbierali się narkomani, których nota bene nigdy nie spotkaliśmy, my graliśmy nadal na Bulwarach.

Pierwsze mecze

Tymczasem ewolucja rządzi się swoimi prawami, a Darwin potwierdziłby to teraz, gdyby tylko nie zabrała go wcześniej biologia. Eksplorując park dowiedzieliśmy się, że w pobliżu jest jeszcze jedno boisko. W ten sposób poznaliśmy się z naszą wieloletnią przyjaciółką – Budowlanką. Graliśmy na niej codziennie. Gdy byliśmy dobrze rokującymi (ambitnymi i co tam jeszcze się mówi) piłkarzami w wieku szkolnym, graliśmy ze starszymi o kilka lat chłopakami. Takie młodsze dzieciaki przydają się starszym na boisku. Istnieją po to aby piłka odbijała się od nich wracając do zawodowca. Tymczasem muszę przyznać, że swego czasu bałem się cholernie, że ktoś poda mi piłkę. Po boisku biegałem tak, żeby nie było za wiele możliwości na podanie.

Pomyślałem sobie. To nie jest tylko problem dziecka. Nie tylko dziecko boi się lub jest postawione w przerastającej je sytuacji. Obserwuję to coraz częściej, gdy ktoś starszy czy młodszy ma problem, bo wolałby żeby życie nie podawało do niego piłki. Robimy to z większym animuszem niż ja wtedy na boisku, lecz nie liczy się udawana odwaga. Opowiedziałem historię o dziecku, które nie wiedziało jak grać i bało się, bo jest to łatwiejsze niż opowiedzieć o dorosłym, który nie wie jak żyć i też się boi.