Gdy poszukuje kobiet które mnie poprowadziły przez życie czy były mi autorytetami, uświadamiam sobie prostą sprawę – nie rozumiem kobiet.

Przyjazd mamy

Chciałbym uczcić Dzień Kobiet pewną opowieścią. Otóż posłuchajcie o tym, co przywiozła mi mama na pierwszy przyjazd do mnie, jej syna – studenta.

Jej pierwsze odwiedziny były nie lada wyzwaniem dla mnie i dla niej. W tamtym momencie było tak, że mama od jakiś dwudziestu lat mieszkała i żyła w prowincjonalnym mieście, a przed tym wychowała się na wsi. Podróżowała trochę, tyle o ile mogła. Miała wtedy nieco tego życia dla siebie. Gdy na świecie pojawiłem się ja, tego życia było znaczniej mnie. Do tego stopnia, że najdalej gdzie mama wyruszała w podróż, to do siostry kilkanaście kilometrów od tej małej prowincji. Siostra mamy mieszka i żyje w jeszcze mniejszej miejscowości, na owej wsi na której się obie wychowały. Więc gdy miała przyjechać do Łodzi, całkiem dużego miasta akademickiego, bałem się i ja i mama. Żadne oczywiście nie wyznało tego, ale pewne rzeczy są zrozumiałe bez żadnej komunikacji.

Nie pamiętam jej uścisku tamtego dnia, lecz odkąd wyjechałem na studia, zawsze ściska mnie mocno i z uczuciem. Tamtego dnia też tak musiało być. Tamten uścisk musiał być mocniejszy, bo nie widzieliśmy się dłuższy czas. Ona sama martwiła się czy wysiądzie na odpowiednim przystanku, ponieważ taki wyjazd był dla niej przeżyciem. Dzień minął nam natomiast szybko. Spędziliśmy raptem kilka godzin. Zobaczyła mój pokój w akademiku. Pokazałem jej Manufakturę (galerię handlową – mama nie widziała żadnej takiej galerii). Przeszliśmy się kawałek gdzieś w pobliżu tego przybytku materialności. Ot, zwykłe spotkanie. Posłuchajcie zatem co przywiozła mi mama.

Prezent

Jak na młodego żaka przystało kompletnie nie liczyłem się z rzeczywistością. Chcę powiedzieć, że nie poświęciłem chwili żeby zastanowić się nad drobinkami owego spotkania jak na przykład wiek mojej mamy. Ten wiek wymaga pewnego zrozumienia, że nosi ze sobą pewne ograniczenia chociażby fizyczne. Nie przewidziałem, że zatłoczona komunikacja będzie niekomfortowa dla niej. Ani też tego, że nie może za wiele chodzić, bo po prostu się męczy. Kiepsko wyszedł nam ten dzień logistycznie, ponieważ nie dopilnował aby mój gość miał wystarczająco dobry pobyt. Tymczasem gdybym to ogarnął, nie miałbym wtedy prezentu. Taki paradoks – że za swoje błędy otrzymałem nagrodę zamiast nagany.

Zmęczyłem mamę spacerem tego dnia. Wyprzedzałem ją gdy szliśmy miastem, ponieważ nie potrafiłem dopasować się do jej tempa chodzenia. Przechadzka więc okazała się ponad jej siły. Dlatego idąc sapała ze zmęczenia. Poza tym widziałem jej strach, gdy trzymała się kurczowo poręczy w tramwaju. Bała się oraz cierpiała fizycznie. Tymczasem swoje matczyne oczy miała wlepione we mnie i była cholernie radosna. Rzadko kiedy widziałem ją taką szczęśliwą. Ile ona musiała znaleźć pociechy w obrazku na których popatrywała, skoro pokonywała z lekkością ból i strach. To spojrzenie stało się moim prezentem. Zobaczyłem w nim matczyną miłość, której jako dziecko nigdy nie rozumiałem. Dalej jej nie rozumiem, ponieważ zdecydowanie mnie przerasta. Toteż nie rozumiem kobiet.