Artykuł poświęcony polskim kłótniom oraz poszukiwaniu jakiejś spokojnej przystani. Dlaczego się kłócimy? Gdzie można znaleźć skrawek normalności?

Przez wódkę i krzyż

Na pewnym wykładzie Psorka tłumaczyła symbole kulturowe, czy jak to tam się zwało. Zwał jak zwał. Chodzi o to, że poprzez takie symbole wyraża się mentalność danej grupy czy narodu. My rozmawialiśmy o krajach. Fajnie się słuchało, były to ciekawe rzeczy aż tu padło nagle pytanie o nasze symbole. Nasze czyli polskie. Dla Psorki było to jasne. Obezwładniającą konsternację dosięgającą kilkadziesiąt osób powstrzymała jedna zwykła dziewczyna mówiąc „o ziemniakach” i „cebuli”. Myślę, że wyraziła pomysł 95 % studentów, w tym mój. Psorka próbowała obronić ten pomysł by nie zniechęcić nas do innych konwersacji, lecz nie chodziło jej o to. Swoją drogą dlaczego my tak źle myślimy o nas samych? Zanim odpowiesz dokończę tobie tę historię, Psorka wytłumaczyła nam, że chodzi o wódkę i krzyż.

Romantyzm i szlachecka fantazja

Siadło w naszej mentalności nieco romantyzmu. Co by nie powiedzieć, Polacy mają gorące serca. Często przygaszone i obite, bo ta romantyczność odciśnięta została między innymi uciskiem. Choć historia zostaje wyciągana do zbijania politycznego kapitału lub do populistycznych uniesień, nie przestaje ona być nauczycielką życia. Wyciąganie wniosków z przeszłości bywa wbrew pozorom rzeczą trudną, ponieważ często doszukujemy się w nich potwierdzenia naszych pomysłów na przyszłość czy teraźniejszość. Niemniej dzieje narodu stanowią niezbywalny kontekst pozwalający zrozumieć to kim dzisiaj jesteśmy. Nie jest to miejsce na pogłębione analizy kształtowania się mentalności na przestrzeni wieków. Tymczasem wystarczy wspomnieć dwie sprawy – złoty wiek Rzeczpospolitej oraz jej upadek. O republice szlacheckiej można mówić na różne sposoby. A to że była zacofanym modelem politycznym nie dosięgającym absolutyzmu. Może doszukiwać się w niej pozytywnego ewenementu, państwa wolności. Abstrahując od tych zastanowień, myślę że powiemy zgodnie o pewnym polskim fenomenie. Rozumiem go jako pewną szlachecką zuchwałość i nieprzejednaną wolę bycia „panem” choćby tylko sobie, i choćby z tylko z pozoru. Upadek stał się natomiast równie dyskusyjnym obrazem, a ze młodzieńczych lekcji powinniśmy zapamiętać o dwóch szkołach upadku – krakowskiej i warszawskiej. Oto rozważam ten dziejowy wątek jako zuchwałość, która w porę nie została ujarzmiona, a później szlachcie pozostała jedynie zuchwałość do nieuginania karku, do stawiania oporu w różnej formie. 

Osobnym wątkiem staje się pytanie, a co z chłopstwem? Nie jest to przecież pytanie od czapy, bo chociażby w Weselu zastanawiał się nad tym Wyspiański. Nie zagłębiamy się w tę sprawę. Niemniej należy wspomnieć owy aspekt, aby mieć z tyłu głowy ważny problem „panów i chamków”. Wolność nie dotyczyła przecież chłopów. Według legend przodkowie Sarmatów wywodzili się od Jafeta – syna biblijnego Noego. Chłopstwo miało być zaś potomstwem Chama. Stąd między innymi określano ich chamstwem, chamkami. Toteż wolność jednych była niewolą drugich. Szlachecka droga do pewnego dobrobytu została naznaczona jakimś uczuciem zuchwałej wyższości.

Polskie emocje

Lata niewoli stały się między innymi poligonem hartującym w narodzie wspomnianą wolę do bycia „panem” chociażby samego siebie. Możemy zżymać się naszą zuchwałość i brawurę, lecz uważam że nie sposób nie popatrzeć na owy dziejowy kontekst. Nie chodzi przecież o to, aby usprawiedliwić społeczeństwo, które jak się mówi „swoje przeszło”. Pewnie, że nie. Mówi się również, że charaktery się nie zmieniają. Owszem, można nad nimi pracować, lecz pewne rzeczy siedzą zbyt głęboko w człowieku. Jaki charakter ma naród jakim są Polacy? Uważam, że powinniśmy przyznać się tutaj do pewnej tylko części jaką jest zuchwałości czy wyjątkowa wrażliwość na prawdziwe czy wyobrażone poniżenie. Jeśli przypatrzymy się polityce, można by odnieść wrażenie, że odnosi się ona do emocji popychających do pewnej wrogości. Weźmy jakiś przykład. Skoro Polacy wstają z kolan, znaczy się że przerywają pewien okres poniżenia. Działając radykalnie, jakby pod wpływem jakiegoś imperatywu moralnego zdobywamy się na pewną zuchwałość, która staje się zrozumiała i usprawiedliwiona. Jest przecież po to, aby osiągnąć w końcu niezależność. Toteż widzę w tym grę na emocjach. Nad charakterem można podobno pracować, lecz jeśli mielibyśmy za zadanie przyjąć pewien stan ducha, jaki w narodzie drzemie, co wtedy?

Nie jest to przecież psychologicznym odkryciem Ameryki. Niemniej powiedzmy to tutaj, że uczucia powstałe z emocji można kanalizować w konkretnym celu lub kierunku. Szukać wrogów pośród braci wydaje się pewną abstrakcją. Owszem, mówimy że z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu. To jest oczywiste, że nawet najbliżsi mogą zadawać głębokie rany. Tym niemniej pomyślałem sobie, czy nie możemy naszej dumy, zuchwałości i całej wrażliwości nakierować na budowanie? Nie uważam, że budować znaczy zniszczyć wszystko i stawiać na nowo. Zniszczyć wszystko to uznać dotychczasowy stan za postawiony przez wroga. W taki sposób nakręcamy przecież spiralę nienawiści. Każdy to nowy budowniczy przyjdzie i powie „panie, kto panu to tak spierdolił”. Budowlaniec dba o swoją reputację, to jasne. W dobie konkurencyjności i kapitalizmu jest zmuszony prezentować się jako najlepszy fachowiec . 

Stworzyć coś dobrego

Nie jest moją ambicją pisać teksty o polityce. Próbuję zapisać filozoficzne rozważania. Jeśli dotyczą one polityki, to robią to za pośrednictwem spraw społecznych i życia codziennego. Nie jestem przekonany do tego, aby wysiłek motywować poczuciem obronności przed wrogiem. Kiedy człowiek broni się, tkwi w walce. Walka jest wojną, mniejszą czy większą. Jeśli wojna, to również brak porozumienia. Brak zgody dzieli. Coś co jest podzielone, nie może być całe. Tymczasem dopiero całość posiada w sobie prawo do zarządzania tym co jej przeznaczone.

Niezgoda ciąży prozie życia. Chcesz bowiem żyć we względnym spokoju, znaleźć swoje miejsce w zbiorowości, uczestniczyć we wspólnotowości, a tymczasem stawi się ciebie w pogotowiu do walki z jakimś wrogiem. Martwią cię problemy doczesne, czy wystarczy do pierwszego, czy twoje otoczenie obdarza cię uznaniem, czy twoje życie z drugim człowiekiem nie utraciło swego smaku, a za rogiem dzieje się wojna. Wojna po nic, żeby się bić i spuścić nieco krwi. W natłoku rozmaitych spraw chcesz osiąść w jakiejś szarości i wykonywać swoje zadania, a pewne zewnętrzne parcie wypycha cię na szańce i zajmujesz się sprawami, do których nie jesteś przygotowany. Masz politykować, a przecież tego nie chcesz. Nie umiesz. Nie znasz się. Nie ma znaczenia, co mniemasz za najlepsze. Chcesz uciec od harmidru dziejącego się dookoła, ale nie ma dokąd uciec. Możesz tylko robić swoje i poczekać aż nastaną chwile spokoju.