Raz czytasz o zdrowym trybie życia, odżywianiu, sporcie i tak dalej. Za parę chwil dowiadujesz się, że jesteśmy egoistami, bo nadmiernie skupiamy się na własnym rozwoju. A człowiek chce po prostu być... 

Studia

Łapię się za głowę i zastanawiam. Ile to wytworzyłem pomysłów na życie?! Też tak macie? Nieustannie coś nowego, jedno nie wypali to biorę się za drugie. Kiedy tak o tym myślę, zderzam się z szkolnymi wspomnieniami. Nieco młodszy nie miałem pojęcia co chce w życiu robić. A tak naprawdę nie zależało mi na tym. W połowie Technikum Informatycznego w którym się uczyłem, doszedłem do wniosku że trzeba iść na studia.  Totalne szaleństwo. Nie byłem kompletnie przygotowany na taki krok. Nosiłem się z planem teologii lub filozofii, ponieważ jeśli mnie coś interesowało, to właśnie te dziedziny. Wybrałem oczywiście coś innego. Pragmatyzm i strach przed bezrobociem zwyczajnie zaczął generować we mnie wątpliwości. Przyszło olśnienie.

Poszedłem na historię. Wyjątkowo pragmatyczny skok w bok. Śmieszna sprawa, co?

Ułożyło się tak, że po ukończeniu I stopnia zakończyłem studia. W międzyczasie wypowiedziałem się z pracy. Mówię po krótce, ale jak się zapewne domyślacie, przy takim biegu spraw wiele się dzieje. Toteż dość powiedzieć szukałem pomysłu. Nie znalazłem go rzecz jasna. Mimo wszystko coś odkryłem.

Pustynia

Spośród wymyślanych patentów na życie tak się działo, że żaden nie pasował do tego, co naprawdę chcę robić. W zasadzie to miałem farta w tych bezdrożach. Nie wpadłem bowiem w przysłowiowe maliny. Zbiór ciekawych porażek zmusiły mnie do reinterpretacji pewnych spraw. Sporo dało mi poza tym odcięcie się od pomysłów innych. Udałem się na pustynią jakbym stał się mnichem. Pobyłem sam ze sobą. Wyciszając rozmaite głosy, moje własne oraz innych pozostałem w takim milczącym zamyśleniu. Lubię to. Jestem zwyczajnie takim typem człowieka. 

Ta ucieczka dobrze mi zrobiła. Zdobyłem się na odwagę pracować nad rzeczami, które naprawdę chcę robić. Nie dałem sobie wmówić jak powinienem żyć. Taka egzystencjalna wędrówka jest dla mnie zazwyczaj rodzajem modlitwy, podczas której poznaję w sobie rozmaite sprawy z którymi z kolei chodzi Słowo Boże po tym świecie. Zapewne nigdy nie pozyskam umiejętności opisania takiego przeżycia, ale dość powiedzieć że jest wyjątkowo inspirujące.

Spotkałem się z Bogiem (cokolwiek to oznacza). Lepiej poznałem siebie. Zacząłem poszukiwania spraw ważnych dla mnie. Nie mam zamiaru sprzedać tutaj taniego wykładu motywacyjnego. Opowiadam jak to jest gdy parcie od wewnątrz napiera mocniej niż to na zewnątrz. Być może a raczej na pewno nie potrzeba, aby każdy musiał dzielić włos na czworo jak ja. Tymczasem odnoszę wrażenie, że dla niektórych nie ma innej drogi jak pójść za głosem własnej intuicji. Toteż chcę powiedzieć: odwagi – nie bójcie się siebie.