Artykuł o bogato zdobionych świątyniach, o naszych potrzebach doświadczania piękna oraz o tolerancji.

Potrzeby

Jednym z zastanowień, które zrodziły się we mnie już dawno i powracają co jakiś czas jest to, że rozważam kwestię bogato zdobnych świątyń. Sporo myślenia dał mi zarzut, że te bajońskie sumy można byłoby przeznaczyć na biednych. Jakie to szlachetne gospodarować nie swoją sakiewką, nieprawdaż? Muszę przyznać, że z takim podejściem to ja sam też bym zarządził mnóstwo zbiórek funduszy na to czy na tamto. Ta uwaga niech pozostanie na marginesie jako dowód niepohamowanej złośliwości autora. Był nawet moment w którym podzielałem ów pogląd. „Pan Bóg nie potrzebuje przecież przepychu” powtarzałem sobie. Jest to pewną zuchwałością określać Jego potrzeby lub nie-potrzeby i drogą prowadzącą do nikąd. Zaraz ktoś zapyta „to czego On potrzebuje?” i tak od słowa do słowa skończymy na cytowaniu Pisma Świętego oraz obsypywaniu się teologicznym spekulacjami. Powiedzieć „On niczego nie potrzebuje” też nie wypada dobrze, ponieważ takie ujęcie spraw zmusza do zreinterpretowania mnóstwa rzeczy, a ja chciałem rozważyć sensowność bogactwa architektury sakralnej. Na szczęście istnieje prosty wywód ratujący z opresji ważkich problemów. Pewna przepaść między Nim a nami zmusza bowiem człowieka do poprzestaniu na stronie przypadającej „nami”.  To jest nawet jakiś trop rozumowania, rozważać Jego osobę poprzez zwykłego człowieka. Toteż rodzi się właściwe pytanie wobec problemu dekoracyjności świątyń, czy  m y  tego potrzebujemy?

Wydawać się może, że porozumienie w takich okolicznościach nie jest osiągalne. Jakich świątyń my potrzebujemy staje się wbrew pozorom nie zbiorową, lecz indywidualną sprawą. Ktoś potrzebuje takiej, drugi ktoś potrzebuje innej. Aby nie wdawać się w niuanse mody sakralnej, można pokusić się o nakreślenie pewnych prostych miar wziętych z codzienności. Proszę zastanowić się nad tym jak my sobie mieszkanka urządzamy oraz jak je szykujemy naszym bliskim. Nie chodzi rzecz jasna o przegląd mody w naszych domach, nie pytam tutaj o to czy ktoś kieruje się stylem skandynawskim czy prowansalskim. Stawiam to pytanie, abyśmy mogli stwierdzić prostą oczywistość, że urządzamy sobie własne kąty najlepiej jak możemy, żeby było przytulnie dla rodziny i było z klasą by sąsiedzi podziwiali. Trudno wyobrazić sobie sytuację, że naszym bliskim organizujemy jedynie zabrudzoną piwnicę jeśli tylko posiadamy możliwości na coś lepszego. Choć to nie wyjaśnia barokowej ornamentyki w świątyniach, pozwala nam dojrzeć pewne ludzkie potrzeby wygody oraz estetyki.

Piękno

Czytałem w gazecie o budowie pewnej świątyni w Tychach. Była to historia o  franciszkaninie, który w praktyce sam buduje kościół. Opowieść nosiła obrazy długich wież, konceptu architektonicznego i wielu innych. Próbowałem to zrozumieć. Wyobraziłem sobie ekscytację architekta. Na jego oczach powstawał twór jego myśli. Franciszkanin mówił jakby z miłosnym uczuciem o kapliczce w jednej z tych wież i tłumaczył, że takie ulokowanie jej daje dobrą przestrzeń dla modlitwy. On tworzył ją z myślą o cichym miejscu na medytację. Brał pod uwagę innych, to jakie będą nosić w sobie potrzeby przychodząc do domu modlitwy.

Inną lekturę, którą chciałbym wspomnieć jest „Zwodnicze piękno” Stefana Chwina. Mała broszura, wydruk wykładu, dodatek do gazety. Abstrahując od samego wykładu, można zastanowić się nad kwestią tego co uważa się za piękne lub brzydkie. Nie łudźmy się, że stwierdzimy tutaj czym jest owe piękno, lecz możemy wspomnieć na samo jej doświadczanie, które stwarza w nas różne nastroje, daje różne przeżycia, popycha w końcu w różne kierunki. Można zachwycić się obrazami z programu przyrodniczego, można zachwycić się ludźmi spotykanym na codzień. Można kontemplować małe rzeczy jak roślinkę w doniczce. Te i wiele innych przykładów podpowiadają, że człowiek bywa nieobojętny na estetykę czy nastrój.

Kiedy zwłaszcza młodzi ludzie źle się czują w świątyniach, nie musi być to aż tak dziwnym zjawiskiem. Wydaje się trudnym do zrozumienia pojąć architektoniczne style w kościołach, cały barok, cały przepych i tak dalej. Nie każdy jest historykiem sztuki, aby pojąć pewną formę wyrazu i tak samo nie każdy jest teologiem, aby odczytać treść zawartą w owej formie. Byłoby naiwnością postrzegać świątynie przez pryzmat współczesnej religijności lub w całkowitym oderwaniu od dziedziny którą reprezentują. Toteż można by powiedzieć, że przede wszystkim potrzebowaliśmy (w czasie przeszłym) bogato zdobnych świątyń, choć współcześni mogą tego nie rozumieć.   

My

Młodzieńcza zagwozdka stała się przyczynkiem do zastanowienia się nad potrzebami różnych obrazów czy doświadczeń drzemiącymi w nas. Piękno bywa zwodnicze, jak w owym tytule oraz w owym wykładzie. Abstrahując od tego problemu, możemy rzec „te potrzeby i piękno towarzyszy nam wszystkim”. Są gusta i guściki. Jemy oczyma. Oceniamy po wyglądzie. Każdy wydaje się być estetą, a „niechlujstwo” może mieć dla kogoś urok. W dobie obecnego konsumpcjonizmu, ciągle zmieniającej się mody czy liderów opinii przychodzi łatwo oceniać i wyznaczać trendy. Pośród ludzi religijnych istnieje moda chodzenia do tego czy tamtego kościoła. Tutaj ładnie śpiewają, a tam nie agitują politycznie. Jeszcze gdzie indziej poprawnie się kłaniają i w ogóle odpowiednio gestykulują. Sam to rozumiem posiadając w sobie zamiłowanie do skromnej kaplicy. Zatem nie chciałbym tutaj przemawiać za tym czy owym miejscem. Intencją jest bowiem przemówić za każdym miejscem. „Miejsce” może natomiast stać się uniwersalnym określeniem pewnej indywidualnej estetyki, która powinna znaleźć poszanowane u innych.

Taka prosta lekcja tolerancji może stać przyczynkiem do odnajdywania dróg służących współistnienia wielu. Poszanowanie czyjegoś piękna uczy dostrzegania wolnej przestrzeni, którą potrzebuje zagospodarować drugi człowiek. Oczywiście taki wysiłek do zorganizowania wspólnego domu, wiąże się z mnóstwem innych powinności czy ostrożności, jak na przykład przemyślenie obowiązujących reguł owego współistnienia. Niemniej ważna wydaje się lekcja zrozumienia inności. Czasem gdy spoglądam na rodziców ich zwyczaje i upodobania, kiedy pokonuję śmiechy w mojej głowie, zdarza mi się lepiej ich zrozumieć w tej czy tamtej sprawie, a wtedy łatwiej jest żyć przy drugim człowieku. Toteż, gdy po raz kolejny zastanowię się nad sensownością bogato zdobionych świątyń, udam się w poszukiwanie „najbrzydszej”. Stanę przed nią. Popatrzę z niesmakiem i powiem sobie.

 – Nie podoba ci się? To możne zbuduj inną jak to zrobił pewien franciszkanin.


Swoją drogą jestem ciekaw w jakim stylu będą budować kościoły w przyszłości.