Artykuł o zagubieniu proporcji w życiu, o tym że czasem warto się ograniczać oraz o tym że dobrze jest poznać samego siebie.

Gdzieś tam przeczytałem

Pretekstem do tego stało się pewne publiczne wydarzenie. Chodzi o doniesienia na temat Lecha Wałęsy i jego niejasnej przeszłości. Abstrahując od sprawy pochylam się nad innym problemem. Głoszenie tu i tam rewelacji na temat współpracy czy też jej braku stało się oto kolejnym przyczynkiem do wyjścia z cienia pewnych specjalistów. Moją wrażliwość obudził fakt, że pośród owych specjalistów znajdowali się moi rówieśnicy czy nawet osoby ode mnie młodsze. Mówimy zatem o ludziach urodzonych po rewolucji w roku 1989. Toteż moją uwagę pochłonęło pytanie, ile mogę rozumieć z przeszłych wydarzeń powracających echem do teraźniejszości?

Skoro istnieje już taka moda, żeby mówić o rzeczach o których nie wie się za wiele, pozwolę sobie na taki akt zuchwałości. Nie jestem zatem przyrodnikiem. Lubię poczytać o tym i tamtym. Kosmologia budzi we mnie wiele fascynacji. Przeczytałem w gazecie, że sir Roger Penrose uchodzący za wybitnego naukowca wysunął teorię o cykliczności wszechświata.

Jakaś tam osobliwość 

Istnieje takie myślenie o wszechświecie, że jest jakby pewną kontynuacją wcześniejszego. Nie wiem na czym polega ta intuicja, toteż pozwolę sobie na własne spekulacje. Pomyślałem o entropii. Wszechświat nieustannie się rozszerza. Poprzez jego rozciąganie tworzy się pewien bałagan, ponieważ ciała niebieskie oddalają się od siebie. Jakby cały kosmiczny porządek podróżował do pewnych granic. Tam z kolei, gdzie jest skraj wszechświata załamują się fizyczne prawa (?), a owa osobliwość przypomina, tę w której zaistniał Wielki wybuch.

Nie mam pojęcia czy dobrze rozumiem zasadę entropii, dlatego mój wywód może załamać się pod wpływem kruchych podstaw. Mimo wszystko bezczelnie piszę artykuł o tematyce o której wiem piąte przez dziesiąte. Mógłbym być nieuczciwy pomijając tłumaczenia, a dzięki temu miałbym szansę wyjść na obytą osobę dla ludzi nieznających tematu. Podkreślaniem swoich braków narażam się natomiast na śmieszność. Jakie ma znaczenie, że dla jednych wyjdę na głupca a dla drugich niekoniecznie? 

Prawidła

O PRL-u czytałem tylko trochę. Przede wszystkim słuchałem wielu historii od starszych w rodzinie. Ilekroć słuchałem ich, oglądałem rekwizyty przeszłości, kartki na żywność i tym podobne, nie mogłem się temu wszystkiemu nadziwić. Chociaż wyobraźnia podaje jakieś obrazy, odnoszę wrażenie że te historie były bardzo, bardzo dawno. Czy to dziwne? Doświadczenia innych uczą nas i poszerzają horyzonty, niemniej to nasze własne historią tkwią w głowach najsilniej. Tymczasem na studiach poznałem pewne narzędzie, o którym warto tutaj wspomnieć. „Ahistoryzm” jest określeniem postawy badania dziejów nie uwzględniając kontekstów kulturowych, społecznych i tak dalej. Chodzi o to, że ocenia się wydarzenia historyczne miarą współczesności i jest to błędem. Toteż moje sądy o Polsce ludowej musiałbym uzupełnić o odpowiednie postrzeganie wydarzeń, jakbym próbował umieścić się w konfrontacji z nimi z ówczesnym (możliwym) doświadczeniem życia.

Tutaj możemy wskazać pewien wniosek. Otóż mimo że jest to truizmem zapominamy, że rozważanie dziejów posiada pewne prawidła czy metody. Istnieje również taka nauka – metodologia, która owe zasady wyjaśnia i tłumaczy czemu służą. Toteż pozwólmy sobie na pewne poszerzenie wniosku i powiedzmy o kolejnym truizmie, że w ogóle myślenie posiada swoje prawidła. Dedukcja oraz indukcja. Pierwsze opiera się na budowaniu wniosków poprzez formułowanie bezdyskusyjnych faktów, drugie rozkłada się na pewne spekulowanie wobec danych informacji. Przy pierwszym istnieje szansa osiągnięcia niepodważalnego wniosku (o ile jesteśmy zgodni wobec tego, czym fakt jest lub nie jest), przy drugim już tej szansy nie ma.

Każdy wie swoje

Dedukcja jest w pewnym sensie przegraną sprawą od kiedy nieprawdę zaczęliśmy nazywać „alternatywnymi” faktami. Zresztą każdy „wie swoje”. Dlatego nawet gdybyśmy chcieli wypracować jakieś reguły służące do doprowadzania do porozumienia, nie uda nam się to w dobie hiper-indywidualizmu. Jako ludzie coraz mniej liczymy się ze sobą wzajemnie. Uważam że dzieje się tak ze względu na zagubienie proporcji.

Nie jest to najlepszym rozwiązaniem, aby kosmologię tłumaczyła osoba która zawsze kulała z nauk przyrodniczych. Toteż weźcie w nawias moje rozważania o cyklicznym wszechświecie. Wracając do pytania ile mogę zrozumieć z PRL-u, może powinienem zapytać na ile mogę posunąć się we własnej ocenie pewnych wydarzeń? Po drugie może powinienem zapytać na ile dotyczą mnie pewne problemy oraz ile znaczy moje mniemanie o nich? W efekcie mógłbym dojść do wniosku, że w wielu przypadkach moje zadanie na ten czy tamten temat nie ma znaczenia. Taki wniosek mógłby ostudzić moje zapędy dyktowania tego co słuszne, a co niewłaściwe. Zająłbym się swoją pracą i dziedzinami w których znajduję siebie.

Wypada powiedzieć również, że obecnie wypracowaliśmy sobie pewną ucieczkę od oskarżenia o zagubienie proporcji. Istnieje bowiem trend szukania specjalistów i kreowania się na nich. Toteż chciałoby się dodać, że zagubiliśmy nawet miarę tego kto na czym się zna.

Granice

W pewnym sensie lokalizuję problem mówiąc nie rozumiemy proporcji w naszej codzienności. Nie wiem czy istnieje jakaś rada na zaistniały stan rzeczy. Obieramy bowiem postawy takie czy inne według serca i rozumu. Choć dodajemy blasku do naszych wyborów mówiąc „to jest racjonalne” czy „to jest logiczne”, większość z nich rodzi się z naszego postrzegania oraz sumy życiowych doświadczeń.

Kosmologia budzi moją fascynację, ponieważ umniejsza mnie, moje „ego” i te wszystkie moje mniemania. Pewne niepowodzenia w życiu przypominają mi jak znacząco jest kruchy pomnik, który człowiek chce sobie postawić. Tak kawałek po kawałku można siebie ograniczać i stawiać pewne granice. W dobie powiedzenia „możesz wszystko” wydaje się to absurdalne. Po co te granice? Dzisiaj jestem pisarzem, a jutro astrofizykiem.

Otóż odkryłem zgoła coś innego. Stawiając sobie coraz to nowe granice, człowiek zaczyna skupiać się na coraz mniejszym spektrum, aż pozostaje tylko on sam. Być może ten punkt stanie się jakąś małą radą na zagubienie proporcji. Żeby je odnaleźć, dobrze byłoby rozpocząć od określenia tego kim samemu się jest. W efekcie można obrać najlepszą cząstkę siebie, w swojej pracy oraz codzienności skupić się na dziedzinach sobie bliskich, a patrząc w komos można dostrzec swoją „małość”.

Ale kto znajdzie dzisiaj czas na taką „nie opłacalną” refleksję?