„Samozwaniec” jest opowieścią rozciągającą się przez kilka tomów. Napisał ją Jacek Komuda. Autor opowiada historię polskiego szlachcica. Pan brat Jacek Dydyński, owy polski szlachcic udał się śladem Dymitra Samozwańca w wojenną zawieruchę. Każdy ma swój interes na wojnie. Ma też go Dydyński. Niemniej jest zgoła inny niż by się wydawało.

Testament

Polubiłem Jacka Dydyńskiego i cieszyłem się, że Komuda odgraniczył mnie od niego murem zapisanych stron, ponieważ Jacek był naprawdę wpienionym szlachcicem. Fortuna rzuciła mu niełatwy los, więc się nie dziwię. Zresztą nieustanna wojaczka odciska swoje piętno. Pamiętam, że tak polubiłem posesjonata z Dydni, że sam wcielałem się w niego przy okazji jakiś gier strategicznych. Budowałem osady i nadawałem im nazwy wzięte z majętności Dydyńskich. W taki sposób gospodarowałem Dydnią czy Falejówką. Nie tylko ja przywłaszczyłem sobie na nieszczęście pana brata do nich prawa. Dochodzimy tutaj do zasadniczego problemu i głównej akcji. Historia rozpoczyna się od tego, że ojciec Dydyńskiego umiera. Majątek przechodzi na synów, czyli Jacka i jego brata. Brata Jacek miał głupiego i był to początek komplikacji. Testament ojca dołożył swoje trzy grosze. Ojciec pozostawił w nim prócz majątku pewne zadanie. Wtem szlachcic z herbu Gozdawa został rzucony w wir niebezpiecznych przygód. Jacka wygnało aż do Moskwy.

Intryga 

Choć historia nie jest barwna, to Komuda jednak barwnie ją opisał. Przeorana i zabłocona ziemia przez szarżę husarii oraz ulewę nie jest barwna. Nie jest też barwna śmierć tańcząca wśród żołnierzy na polu bitwy. Koloru dodaje jednak szlachecka fantazja wzbudzona po małmazji, miłość husarzy do ich arabek i polskie szable w boju.  Nocne harce w alkowie też dodają koloru. Wszystko to widzimy za pleców Jacka Dydyńskiego. Nie zabrakło także tajemniczej intrygi. Oczywiście nie zabrakło w niej udziału Jacka! W ten sposób lawiruje między przyjaźnią do Dymitra oraz do ludzi chcących zabić tego Samozwańca.

Misja

Autor oddaje w bogaty sposób tło historyczne. Poza fantazyjnym i zawiłym językiem szlacheckim czytelnik poznaje dawne miłości naszych polskich przodków – do koni i do szabli. Komuda sam jeździ konno i szermuje szablą, a do tego nosi żupan, więc prawdopodobnie wie co pisze. Opowiedział w „Samozwańcu” męską przygodę. Jest w niej mnóstwo gorącego serca i nieposkromionej wojaczki. Gdy się ją czyta, tęskni się za przygodą. Może nie za wojną, ale za jakąś misją na pewno.