W Dzień Matki chciałbym opowiedzieć wam pewną historię. Zrozumiałem przez nią, że nasze mamy są bardzo smutnymi mamami.

Opowiem wam o zdarzeniu, które pokazało mi czym nasze mamy się smucą, a smucą się wszystkim. Tymczasem po kolei.

Koniec świata

Muszę wrócić do okresu szkolnego, w którym świat młodzieży kluczy wokół pierwszych problemów – pierwsze zakochanie, pierwszy „poważny” związek i pierwsze załamanie serca. Nie ma sensu opowiadać o tej przeszłości, zwłaszcza jeśli występuję w niej druga osoba. Poza tym takich historii jest mnóstwo. Mimo wszystko jestem trochę zmuszony wyjawić pewne informację, abyśmy zrozumieli pewien kontekst. Wytłumaczy on nam później pewną prostą rzecz. Toteż dość powiedzieć, że ten poważny związek poważnie przeżyłem. Oznacza to tyle, ile znaczy nieszczęśliwe dopasowanie dwojga niewspółgrających ze sobą ludzi. Mówiąc inaczej doświadczałem pierwszego „końca świata”. Wspominam to w pewnym sensie z humorem, lecz mniej więcej tak odbierałem wtedy swoje niepowodzenie. Młody człowiek który zderza się z rzeczywistością rozwiewającą jego złudzenia przeżywa często niemały dramat. Toteż jego zachowanie w wyniku tych okoliczności nabiera nietypowego charakteru. Zatem z całym tym doświadczeniem nosiłem się uczestnicząc w zwykłym, domowym, z rodziną u boku życiu. 

Narodzenie

Ze względu na to, że jestem dość upartą osobą, nie dawałem za wygraną moim sercowym niepowodzeniom. Dlatego walczyłem o związek i pomimo że to kompletnie nie wychodziło, naiwnie próbowałem raz po raz. Głową muru nie rozbijesz – mawiała mama i miała rację. Tak naprawdę to był jej jedyny komentarz, na który się zdobyła kiedy sprawy poważnie się pokomplikowały. Koniec końców ta historia się zakończyła. Życie się potoczyło dalej, a czas przemienił smutek i żal w zapomnienie. Tyle w temacie młodzieżowego końca świata w postaci szkolnego zakochania. 

Tymczasem nadszedł okres Bożego Narodzenia. Trzymałem się stabilnie. Pogodziłem się z takim obrotem spraw jaki nastąpił. Chciałem spokojnie przeżyć święta z rodziną i nie zdawałem sobie sprawy z tego co mnie czekało. Podczas wigilijnego składania życzeń nadeszła runda z mamą. Podczas tej krótkiej rozmowy, które często przebiegają jednakowo, doświadczyłem pewnych szczerych słów niebędących prostym „zdrowia, szczęścia, pomyślności”. To właśnie w tych słowach znalazłem smutek mojej mamy, który cicho nosiła w sobie. Otóż jak zaślepione dziecko swoimi własnymi problemami nie spostrzegłem, że chcąc nie chcąc nie jestem sam. Mama śledziła czy tego chciała czy nie moją smutną historie. Toteż podczas życzeń mówiła do mnie rozpromieniona, abym nie był już nigdy smutny.

To było cholernie szczere i nasycone matczyną empatią. Wtedy zrozumiałem i zapamiętałem to zdanie do dnia dzisiejszego. Moja mama była niemym świadkiem mojego każdego spieprzonego dnia. Gdy rzucałem się w płaczu i rozpaczy, ona siedziała gdzieś w innym pokoju, w cichości podtrzymując uśmiech, który sam porzuciłem.