Artykuł o chciwości oraz o kulturze nowego kapitalizmu, oraz o problemie „mieć” czy „być”, oraz o pewnej iluzji. 

Kondycja pieniądza

Swego czasu uczestniczyłem w pewnym kursie na studiach. Badaliśmy kulturę nowego kapitalizmu, a więc przyglądaliśmy się na współczesne normy i modele istniejące w społeczeństwie za pośrednictwem gospodarczych aspektów. Myślę, że to jest naprawdę dobre ujęcie: spojrzenie na ludzi poprzez ich zarabianie pieniędzy. Oczywiście nie jest to miejsce na streszczanie całego kursu, lecz dość powiedzieć będzie o pewnej podstawowej sprawie. Zasadniczym sensem kapitału (w sensie ogólnym) jest jego mnożenie. Widzimy to wówczas gdy ktoś namawia nas na puszczenie funduszy w obieg. „Niech pieniądz robi pieniądz” mawia, ponieważ gdy owy kapitał zostaje unieruchomiony na koncie czy domowym słoiku, wtedy marnieje. Pomnażanie zysków czy podwajanie przychodów staje się pewnym wyznacznikiem dobrej kondycji pieniądza. Liczy się przecież wynik…

Wydawać się może, że artykuł rozpoczynam od ekonomicznego banału. Być może nie powiem nic nowego. Mimo wszystko dokonuję próby przelania w tym tekście moich spostrzeżeń dotyczących pewnej kultury bycia wynikającej z kultury zdobywania. Nie mówimy tutaj o nowym problemie. Mieć czy być to jakby klasyczne pytanie. Kiedy piszę te zdania dogania do mnie pytanie, czy dobrze robimy zestawiając owe siły wobec siebie? Być może osobną sprawą jest mieć i osobną jest być oraz jedno nie wyklucza drugiego. Abstrahując od tej kwestii zastanawiam się nad tym, że poprzez zdobywanie aby „mieć” profilujemy w sobie pewien kształt naszego „być”. Kultura zarabiania pieniędzy wciąga do siebie naszą kulturę bycia na codzień pośród ludzi oraz bycia dla siebie samego. Następnie dokonuje inwazyjnej asymilacji, a przez to traktujemy siebie oraz innych w kategoriach produktu, zysku czy sukcesu. 

Sposób mnożenia

Można by teraz narzekać na ludzki egoizm i tym sposobem odebrać sobie nieco intelektualnego animuszu, ponieważ niebezpieczeństwo które dostrzegam jest znacznie poważniejsze niż sprawy związane z nadmiernym skupianiem się na swojej osobie. Odnoszę wrażenie, że dokonujemy pewnej (dość ciężkie słowo, ale…) dewastacji postaw społeczny oraz tych w relacjach w bliskim otoczeniem. Byłoby naiwnością mniemać, że oto ten artykuł zażegna pewien proces, lecz może uda nam się dzięki niemu podejrzeć zachodzące w nas zmiany. 

Na owym kursie przyglądaliśmy się temu jak kapitalistyczne idee rozwijały się na przestrzeni wieków oraz jak znacząco wpływały na rzeczywistość. Moją uwagę przykuła kwestia tego, że potrzeba mnożenia zysku nieustannie toruje sobie drogę pomimo rozmaitych uwarunkowań społeczno-kulturalnych. Należy powiedzieć więcej, że te idee włączają się w pewien bieg życia ludzi i od wewnątrz nakierowują na własne cele. To wszystko mieści się w prostej intuicji „na wszystko znajdzie się sposób”. Otóż okazuje się, że przy mnożeniu kapitału można spełniać niemal wszystkie postulaty społeczne i kulturowe. Abstrahując od problemów wyzysku oraz wyrzucania na margines, przecież zawsze znajdzie ktoś i powie „sami sobie winni”, popatrzmy na tzw. kreatywnych, ponieważ oni stają się beneficjentami procesów o których mowa. Ukrócenie godzin pracy? Zdalne wykonywanie zadań z każdego miejsca na ziemi? Praca na rzecz wyższych idei, najistotniejszych wartości? Proszę bardzo. Mamy wszystko. Warunek jest prosty. To ma się zwracać i to podwójnie. Prosta kategoria: opłacalność. Powtórzę, miejmy poprawkę na los szarego obywatela, ponieważ ten błogi dobrobyt nie dotyczy jego. Szara masa nie jest przecież tak kreatywna jak ludzie sukcesu, więc im się nie należy… 

Inne imię

Nieszczęśliwą dolą owego szarego obywatela jest gonitwa za tymi, którym się udało uskubać coś niecoś z tortu. Gonimy oraz naśladujemy, ponieważ dobrostan nie został przecież przeznaczony wąskiej grupie, a jak znajdzie się jeszcze trener personalny mówiący „możesz wszystko” – no to bajka, nic tylko pchać się do przodu. Człowiek chcąc nie chcąc staje się częścią całej maszynerii do robienia pieniędzy. Tkwi w urządzeniu ustawionym na mnożenie kapitału, a przez to spada na niego mniejsza czy większa odpowiedzialność za generowanie zysku. Oczywiście praca oraz należność za nią nie budzą obaw. Tymczasem owe mnożenie kapitału nosi inne imię. Oddaje ono istotę zmian zachodzących w nas oraz jest lepiej znane człowiekowi. Tym imieniem jest „chciwość”.

Chciwość mamy w sobie. Należy jasno powiedzieć, że nie jest ubocznym produktem tego czy innego systemu gospodarczego. Niemniej być może to właśnie chciwość staje się owym sposobem na realizowanie potrzeb pieniądza kreując taką czy inną rzeczywistość. Tutaj można by posądzić autora o kolejny banał. Wyzyskiwani pracownicy, ludzie wypychani na margines, tworzący się prekariat zdają sobie doskonale sprawę, kto im katem jest. Tymczasem chciałem wyjść od tej chciwości i zasugerować, że w dobie tak zwanej post-prawdy, chciwość przestaje być godną wstydu siłą. Chciałem tutaj powiedzieć, że nasze postawy coraz usilniej są przez nią kształtowane. Gubimy przyjaźnie, zrywamy rodzinne więzi, zamieniamy je wszystkie na biznesowe partnerstwo.

Możliwości

W dobie Internetu nastały bowiem nowe możliwości. Oto „każdy” może otworzyć firmę i osiągnąć sukces dzięki sile przekazu oraz promocji jaką posiada Sieć. Toteż znajomi przestają być osobami do rozmowy, a zaczynają być ludźmi do klikania, wciągania swojej siatki znajomych do jakiegoś internetowego domku. Kolega zrobi stronę. Inny kolega przygotuje szatę graficzną. Koleżanka zaopiekuje się mediami społecznościowymi. Tylko znajdź człowieku jakaś kartę przetargową, no bo co dasz w zamian? Może zdradzisz jakieś marketingowe sztuczki, albo udostępnisz jakieś „korzystne” znajomości, w końcu wszystko staje się walutą. Nie trzeba nawet robić firmy. Wystarczy zdobyć popularność, posiadać jak największą ilość fanów, którzy klikają i kupują te czy tamte produkty. Stajesz się wtedy liderem opinii i produkujesz niskobudżetowe reklamy. Nie opowiadam o tym wszystkim, aby powiedzieć że marketing jest zły. Jego zadaniem jest przecież promowanie. Tymczasem owe możliwości, po które mogą sięgać nawet dzieci (patrz YouTube i wiele innych) naciskają na nas coraz mocniej. Te możliwości dają nam szansę zdobywania. Owego zdobywania które prowadzi do posiadania, do „mieć”. Popatrzcie zatem jak „niewinne filmiki” w Internecie przynoszące dochód potrafią odmieniać nasze postawy. Łatwy pieniądz wpływa na to jak traktujemy innych oraz siebie. Skupiamy się coraz intensywniej na budowaniu (niemal wszelkich możliwych) kompetencji zawodowych. Katujemy samych siebie coraz to nowymi kursami, bo „możesz robić wszystko”, tylko musisz sobie to wypracować. Innych traktujemy jako rywali, wielu jest bowiem takich, którzy chcą skorzystać z mnogich możliwości. Bliskie otoczenie staje się pierwszym punktem wyjścia przy kampaniach promocyjnych oraz sposobem na zdobycie prowizji na czymkolwiek. Zmienia się nasze „być”, to kim sam dla siebie jestem oraz kim jestem pośród ludzi. Kusząc się na wypowiedzenie głośno tego co zakryte, moglibyśmy powiedzieć: „jesteśmy inwestycjami”, „jesteśmy liderami opinii”, „jesteśmy produktami”. Roznegliżowanie tych zmian nadaje pewną lekkość ducha i umysłu. Widać bowiem gołym okiem, że to co chciałaby powiedzieć chciwość o nas, nie jest prawdą.