„Gniazdo” napisała Cynthia D’Aprix Sweeney. Książka opowiada historię kilkorga ludzi uwikłanych i zagubionych w zadłużonym życiu. Pomimo tego, że bohaterowie opowieści są dla siebie rodzeństwem, wiąże ich przede wszystkim pokaźny spadek z funduszu powierniczego. Niestety wydarzyło się coś, co popsuło całe wyczekiwanie na kasę.

Powieść copywritera

Taka informacja może być mało zajmująca. Mnie jednak zaciekawiła. Autorka zanim napisała książkę. Pisała rozmaite teksty na zlecenie. Była (a może jest nadal) copywriterem. Freelancerzy cieszą się zapewne w tym momencie. „A jednak można!” mówią. Ja nie wiem wszakże czy tak można, czy nie można i dlatego chciałbym uwypuklić tę małą wzmiankę. „Gniazdo” jest powieścią napisaną przez copywritera i nie oznacza to tego, że „chcieć to móc”, a raczej tyle, że w pozornym rozkwicie domorosłych specjalistów zdarzają się prawdziwe kwiatki. To tak ku gwoli wstępu.

Żeby się znaleźć, trzeba się zagubić

Motorem napędzającym akcję jest zagubienie trojga z rodzeństwa Plumbów powstałe w wyniku utracenia większości Gniazda – pokaźnej sumy, która miała wszystkich ustawić na resztę życia. Zgromadzony fundusz miał zostać otwarty po tym jak najmłodsza, Melody osiągnie czterdziesty rok życia. Zmarły ojciec nie chciał popsuć własnych dzieci pieniędzmi. Wyznawał bowiem taką filozofię, że jego podopieczni muszą samodzielnie zapracować sobie na dobre życie, a organizowany fundusz ma być miłym dodatkiem do ich pracy. Plumbowie nie musieli posiadać tej sumy, żeby się popsuć. Oto wystarczyło, że posiadali świadomość jej istnienia. Poczynili wtem rozmaite decyzje w życiu kalkulując, że pewne inwestycje zwrócą im się przy okazji pozyskania Gniazda. W tak zbudowanym światku aż prosi się zrobić jakiś mały chaos i tak też czyni autorka. Nie trzeba było wiele, żeby wywrócić wszystko do góry nogami. Wystarczył nieobliczalny i nierozgarnięty Leo – najstarszy z rodzeństwa. Jeden jego wybryk postawił pod znakiem zapytanie studia córek Melody, hipotekę do spłaty letniskowego domku Jacka i niepewną przyszłość Bei, która próbowała przebić się do literackich salonów. Toteż Plumbowie kompletnie się pogubili, a Leo miał być tym, który wyciągnie ich wszystkich z labiryntów zadłużeń i jakiejś niemocy.

Niepohamowana ciekawość

Plumbowie chociaż są to bohaterowie literackiej opowieści, ma się jednak wobec nich wrażenie spotkania ludzi z krwi i kości. Oznacza to, że fikcja skutecznie omamiła mnie ubierając się w płaszcz autentyczności. Polubiłem i dzieliłem ich przeżycia. Polubiłem nawet Leo i zastanawiam się czy to dobrze – lubić Leo Plumba. Tym niemniej miałem niepohamowaną ciekawość w śledzeniu losu bohaterów. Kibicowałem im i liczyłem na pomyślne zakończenie wszelkich kłopotów. W tych wydarzeniach zapisanych na kartach „Gniazda” tkwi wiele emocji i migawek z codzienności, a dzięki nim jakoś lekko przyszło mi uwrażliwić się na tamtejsze problemy.

Dobra opowieść

Zastanawia mnie trochę jak Amerykanie odczytują „Gniazdo”. Narrator gawędzi o rozmaitych sprawach dziejących się w tle opowieści za Atlantyku. Z pewnością nie zrozumiałem różnych szczegółów, jak na przykład nic nie mówiąca mi nazwa paczki fajek. Zastanawia mnie jaki komentarz dodałaby Tłumaczka, bo w polskim przekładzie mamy rozbudowane i wielopoziomowe zdania. W pierwszym momencie spoglądałem na tę budowę ze zdziwieniem, lecz pomyślałem, że w angielskim może wyglądać to lepiej. Poza tym to nie jest nawet jakiś mankament „Gniazda”, tylko takie zastanowienie. Tymczasem kończąc ten wpis dość powiedzieć, że książka jest naprawdę dobrą i przyjemną opowieścią, którą się chłonie i poprzez którą wchodzi w życie Plumbów. Na zmianę irytowałem się i przytakiwałem w duchu decyzjom podejmowanym przez bohaterów. Nie przewidywałem ich kroków. Towarzyszyłem im w odnajdywaniu samych siebie i to było najfajniejsze.